DAGGER IN MY HEART

Rozdziały w każdą sobotę lub jeśli będą 4 komentarze, rozdział pojawi się wcześniej.

sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 17

-I wtedy się zgodziłam!- Amy z podekscytowaniem opowiadała mi o oświadczynach. Chłopaki jeszcze śpią, a przynajmniej Jack śpi. Nie wiem czy Nathan nawet wczoraj wrócił do domu. Widząc reakcję blondynki i radość w jej oczach, uśmiechnęłam się ciepło.
-Ej, ty o tym wiedziałaś!- pokazała na mnie palcem wskazujący. Zacisnęłam usta, próbując powstrzymać śmiech i pokręciłam przecząco głową. Jednak jej niby surowa mina sprawiła, że zaczęłam się śmiać.
- No może wiedziałam. Cieszę, że jesteś taka szczęśliwa.
- Ja też. Zapamiętam to do końca życia,  zwłaszcza, że było takie całkowicie nie w stylu Jack’a. Zaskoczył mnie tym ogromnie- opowiadała dalej  z gigantycznym bananem na twarzy. – Bałam się, że jeśli kiedyś by mi się oświadczał, to że zrobi t przy obiedzie i pewnie pierścionka zapomni- o kurde, mój brat nie jest ani trochę romantyczny. Trzeba z nim pogadać. Jednak zachowam dla siebie jego pierwotne plany oświadczyn. Do kuchni przyszedł Jack. Ubrany, z mokrymi włosami po prysznicu i mocno zaspany, ale szczęśliwy. Czułym pocałunkiem przywitał się ze swoją narzeczoną. Podałam mu kawę i naleśniki, które wcześniej zrobiłam. Chłopak ochoczo zabrał się za jedzenie. Aż miło popatrzeć na ich radość. Nagle do domu wpadł wściekły jak osa Nathan i od razu poszedł do swojego pokoju. Za chwilę wrócił do kuchni i szepnął coś Jack’owi na ucho. Po mnie brata widziałam, że nie było to przyjemne. Amy ulotniła się do łazienki. W tym samym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Jack zerwał się, żeby otworzyć. Trochę zdziwiło mnie jego zachowanie. Nathan zerknął na kupla, a kiedy tamten lekko skinął głową w jego stronę, złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę schodów. Wyrwałam rękę z jego uścisku.
- Co ty wyprawisz?
-Cholera, chociaż raz posłuchaj i rób co ci każę. Na górę!- ups, nieźle się wkurzył. Zszokowana patrzyłam na niego. Nathan zerknął jeszcze raz w stronę wejścia, a następnie wziął mnie ręce i skierował się na schody.
- Tylko cicho- nakazał głosem nietolerującym sprzeciwu. Pokiwałam tylko głową. Zaniósł mnie do pokoju, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Zgaduje, że to jego sypialnia. Postawił mnie przy łóżku.
- Anie słowa, bo cię zaknebluję, jasne?- warknął i siadł przy laptopie. Podeszłam do okna.

*oczami Jack'a

-Cześć- Jay z charakterystycznym dla siebie uśmiechem podał mi rękę.
-Siema, co cię do nas sprowadza?- zapytałem wesoło, chociaż w środku aż się gotowałem.
-Jest Sykes?- zaczął zaglądać mi przez ramię, ale nie zamierzałme go wpuszczać, tak długo jak to możliwe.
-Nie ma.
-Gdzie jest?- nie był zadowolony.
-Bo ja wiem? Nie jestem jego aniołem stróżem.
-Przekaż, że wyjeżdżam i ma się wszystkim zająć......I jeszcze jedno, nie wiem kiedy wrócę, więc jak będzie coś chciał, to niech dzwoni. Na razie
- Cześć- .powiedziałem i z ulgą zamknąłem drzwi.


*oczami Nikki
Słysząc odjeżdżający samochód Nathan odszedł od komputera i popatrzył na mnie wrogo. Nie wiem, co on myślał. Że ucieknę czy coś?
-Może mi teraz wyjaśnisz swoje idiotyczne zachowanie?- zapytałam, widząc, że zmierza do drzwi.
-Zastanowię się- odparł chamsko i już wychodzić, gdy mu przerwałam.
- Nie! Chcę wiedzieć teraz!-  westchnął spojrzał na mnie dziwnie.
- Jak się tak rwiesz do poznania prawdy proszę bardzo, twoja sprawa.- odparł i usiadł na fotelu przeglądając coś w telefonie. – Może usiądziesz?
- Dzięki, postoję.
- W takim razie będę się streszczać . Co chcesz dokładnie wiedzieć?
-co?...jeszcze się pytasz?.....wszystko, bo kompletnie nie ogarniam waszego dziwnego zachowania.
-Wiesz, że Diaz jest płatnym mordercą? – pokiwałam głową opierając się o ścianę.
-Pamiętasz jak kilka dni temu jak wpadłaś do basenu? – znowu pokiwałam głową czując, że się rumienie. Cholera. Spuściłam głowę, żeby włosy zakryły mi twarz.
-Pojechałem wtedy do ciebie do domu, chociaż nie wiem czy willę Diaza można nazwać twoim domem, ale mniejsza o to ..... Podsłuchał rozmowę twojego ojca z Jay'em. Wiesz, kim jest Jay?- znowu pokiwałam głową z uwagą słuchając tych wszystkich informacji. -Z tej rozmowy wynikało, że Diaz jest winny Jay'owi jakieś duże pieniądze, których nie ma.
- Nadal nie rozumiem- przyznałam, gdy chłopak milczał dłuższą chwilę.
- To kurde daj mi skończyć. Jay powiedział, że nie dostanie forsy, to skrzywdzi jakąś bliską dla Diaza osobę, czyli ciebie.
- Skąd masz pewność, że chodzi o mnie? A Jac?- spytałam w w miarę opanowanym głosem, chociaż czułam, że robi mi się słabo.
- Jay nie wie, że Diaz ma syna. A o tobie wie. No i widział twoje zdjęcie jak wtedy był tam w domu. On nie odpuści i będzie chciał cię zabić.
- A… A jeśli ojciec odda te pieniądze?- głos zaczynał mi drżeć.
- Uwierz mi, że nie odda. Nie ma ich i nie szans, żeby je zdobyć, a nawet gdyby mu się udało, to Jay i tak będzie chciał się zemścić bo Dizaz zabił sporo jego ludzi. – Czyli ten Jay przy najbliższej okazji wpakuje mi kulkę w łeb. On mnie zabije. Zastrzeli. Już sama myśl o broni mnie przerażała. Nagle zrobiło mi się zimno. Zsunęłam się po ścianie podkulając nogi. Nathan kontynuował
- Jay jest najróżniejszym gangsterem w Londynie, a nawet w kraju. On zabija dla przyjemności. Kiedyś dla niego pracowałem, ale to nie był najlepszy wybór. W każdym razie podsumowując twój ojciec mocno podpadł Jay’owi, który upatrzył ciebie na cel i z pewnością będzie chciał cię zabić. Oczywiście Diaz nic z tym nie zrobi, bo jak sam powiedział „jesteś dla niego bezwartościowa.” No i Jay lubi się bawić ofiarami, ale to zależy od humoru- mówił tak, jakby opowiadał o nudnej pogodzie. Tego było dal mnie za wiele. I po co chciał znać prawdę? Lepiej było siedzieć cicho. Schowałam twarz w dłoniach, a do oczu napłynęły mi łzy. Moje życie jest do bani. Nagle drzwi się otworzyły i do środka wszedł Jack.

- Co tu się dzieje? Szukałem was- zaczął.
- Twoja siostra chciała znać prawdę, więc jej opowiedziałem o ….- zamilkł odwracając się w moją stronę.  Jack natychmiast mnie przytulił.
- Nikki, nic się nie stanie, obiecuję.
- Ale przecież…- szlochałam, a on mi przerwał.
- Nieważne, jak strasznie to brzmi, nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził

niedziela, 24 sierpnia 2014

Rozdział 16

Pogoda jest straszna!!!Pada rzęsisty deszcz jest zimno. To nie dla mnie ja kocham ciepełko. Jednak zważywszy na moją rękę i  fakt, że niekoniecznie mam ochotę ją odsłaniać, korzystam z okazji i siedzę na parapecie w ciepłej szarej bluzie z kapturem. W milczeniu obserwuję jak krople deszczu powoli zsuwają się po szybie.
-Nikki...?-powiedział Jack, a ja gwałtownie się odwróciłam. Nawet nie zorientowałam się, kiedy przyszedł.-przestraszyłem cię?
-nie...po prostu się zamyśliłam-  odparłam szczerze chłopakowi.
-Bo mam do ciebie delikatną sprawę- zaczął trochę niepewnie stając przy parapecie obok mnie.
-Zamieniam się w słuch- uśmiechnęłam się zachęcająco.
-Chodzi o to, że…. Amy ma dzisiaj urodziny, a ja chciałem zrobić to w wcześniej, tylko ta śmierć mamy i w ogóle…- mówił bardzo powoli.
-Momencik, Amy ma dzisiaj urodziny? Które?
-No dzisiaj 20- odparł dumnie- a  równo za dwa tygodnie urodziny ma Nath.
-Aha... Tego drugiego nie musiałeś mówić, ale ok...co chciałeś zrobić?.
-Bo zanany się z Amy już kilka lat i.... no… eee….- nie wierzę, mój brat się nie może wysłowić.  Uśmiechnęłam się szeroko.
-Czy ty chcesz się jej oświadczyć?
-Skąd wiesz? –Spytał wystraszony.
- Jack, to widać po tobie –zachichotałam- To co planujesz?
-No…. Nic. Nie wiem jak to zrobić i przyszedłem po pomoc- teraz zaczęłam się śmiać na całego.
-Oj, braciszku, braciszku- westchnęłam.- A masz jakiś inny prezent jeszcze?
- No niby tak, od nas wszystkich, czyli ode mnie, Natha i Ciebie.- Popatrzyłam na niego zdziwiona- Miałem ci powiedzieć, ale wyleciało mi z głowy, a potem trochę mało rozmowna byłaś i wiesz- uderzyłam go lekko w ramię.
- Serio? Nie przesadzaj.
- Mam nadzieję, że się nie gniewasz.
- Nawet gdybym się gniewała, to nic by nie zmieniło- widząc jego zakłopotaną minę, szybko dodałam- jasne, że się nie gniewam.
-A z oświadczynami?
- Zamów gigantyczny bukiet róż, zabierz ją na romantyczną kolację, klęknij i poproś o rękę- odparłam wesoło.
- Ty mówisz poważnie?
-No a co?- podeszłam do szafki nocnej po sok.
-Nie, nic. Zamierzałem teraz przy obiedzie zapytać i dać pierścionek-słysząc to, zakrztusiłam się i długo nie mogłam złapać tchu. W końcu Jack zainterweniował i po chwili doszłam do siebie.- W porządku?
- Ze mną tak, ale z tobą nie. Oświadczyny to poważna sprawa i nie możesz tego traktować jak pytanie „co jadłaś na śniadanie.” To jest wyjątkowa chwila i musisz się postarać, przecież do końca życia będziecie to wspominać.
- Chyba masz rację. Idziemy dać prezent?
- Okej,  a jakiś tort jest?
- Taa, Nath pojechał odebrać. Właśnie wrócił- powiedział Jack, wyglądając przez okno. Chłopak poszedł jeszcze na chwilkę do swojego pokoju po prezent i zeszliśmy do salony. Dziewczyna była w ogrodzie i rozmawiał z rodzicami, którzy dzwonili, żeby złożyć jej życzenia.  Nathan trzymał tort. Wyglądał bosko (tort oczywiście, nie Nath). Kiedy Amy skoczyła pogawędkę i weszła do środka, krzyknęliśmy razem „wszystkiego najlepszego”, a Sykes podszedł do niej z ciastem.
- Pomyśl życzenie- przypomniał Jack. Amy uśmiechnęła się szeroko i zdmuchnęła świeczki.  Wręczyliśmy prezent i każdy złożył jej życzenia. Gdy dziewczyna otworzyła paczkę, w jej oczach czaiły się łzy. Chłopcy wybrali dla niej prześliczną ciemnoczerwoną sukienkę przed kolano z odkrytymi plecami. Do tego szpilki i naszyjnik.
- Dziękuję wam, jesteście kochani,
- Oj, skarbie, to jeszcze nie koniec. Chciałbym cię zobaczyć w tej sukni, więc wieczorem zabieram cię na kolację- oświadczył Jack.
-Oj, Amy nie wierć się, bo nigdy nie skończę, a chyba nie chcesz się spóźnić- po raz kolejny upomniałam blondynkę. Od dwudziestu minut czeszę ją maluję na wieczorne wyjście z moim bratem, ale dziewczyna jest tak podekscytowana, że nie może chwili spokojnie wysiedzieć. Makijaż już zrobiony i fryzura też prawie była gotowa, jednak przy dwóch ostatnich podpięciach, Amy się gwałtownie schyliła i wszystko się rozpadło.
- Nikki, cieszę się, że jesteś no i że się mną zajmujesz- zebrało jej się na wyznania.
-Byłoby prościej, gdybyś się nie krę…
- Wiem, wiem- przerwała mi.- Martwię się trochę, bo ostatnio Jack się dziwnie zachowuje. Boję się, że przez to nasz związek…
- Hola, stop. Jack cię kocha i  wszystko będzie dobrze. A teraz się podziwiaj efekt końcowy i pędź do swojego chłopaka- uśmiechnęłam się odsłaniając przed dziewczyną lustro. Efekt końcowy był oszałamiający. Delikatnie wychyliłam się zza schodów, żeby zobaczyć reakcję mojego brata. Wow. Stał i gapił się na Amy jak na ósmy cud świata. Dyskretnie pokazałam mu, żeby brał się do działania. Chłopka szybko się zreflektował i po chwili jechali już do wybranej przez Jack’a restauracji.  Kilka minut po nich, Nathan też gdzieś pojechał i zostałam w domu sama.




---------------------------------------------------------------------------
hej
notatka będzie bardzo krótka  
za wszelkie błędy bardzo przepraszam......!!!!!!!!!!!!!!!!
za spóźnienie też bardzo przepraszam !!!
i jak zwykle bardzo proszę o komentarze :)))
nie dodałam wczoraj Poniewież    komputer mi się psuje i nie mogłam się zalogować.....
do następnego papa
kocham was <333333

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 15

Od śmierci mamy minęły już dwa tygodnie, a ja nadal nie mogę się z tym pogodzić. W sumie co się dziwić. Zginęła przeze mnie i nigdy tego sobie nie wybaczę. Siniaki, które zostały po tym, jak pobił mnie Dick, zniknęły. Została jedynie rana na ręce.  Chociaż nie najgorzej się goiła, wiedziałam, że będzie paskudna blizna. Chciałam ją zakryć, więc niemal cały czas chodziłam w bluzach, swetrach lub bluzkach z długim rękawem. Pomimo tego, że był środek lata, pogoda w Anglii skutecznie starła się to zamaskować  poprzez niezbyt wysokie temperatury.  Z pokoju praktycznie nie wychodziłam, unikałam towarzystwa. Ze względu na panujący w pomieszczeniu zaduch, uchyliłam okno. Na Na zewnątrz zauważyłam jak Jack jeździ na desce, a Amy moczy nogi w basenie. Nathana nie było.  Może i dobrze, bo ostatnio coraz bardziej się go boję. Chociaż go nie widuję, wiem, że  nie jest w najlepszym humorze. Nagle dostrzegła mnie Amy.
-Nikki ...-zawoła–chodź do nas.
Zrobiłam kwaśną minę, ale ona spojrzała się na mnie tak, jakby zaraz miał mi coś zrobić. Odwróciłam się od okna i siadłam na łóżku.
-Nikki, zejdź, bo pójdę po ciebie- krzyknęła wesoło. Nie chciałam się z nią kłócić, więc bez pośpiechu wyszłam na dwór.
-A widzę, że moja kochana zeszła- ucieszyła się  Amy. Nie no, naprawdę ona jest gorzej pogrzana od mnie.
-Jak się czujesz?- spytał z troską Jack
-Dobrze- odparłam z lekkim uśmiechem, rozglądając się czy nie ma nigdzie Nathna. W rzeczywistości czuła się okropnie i miała już wszystkiego dość.
-Nie bój się, Nathana nie ma… umiesz jeździć na desce?-dodał. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
-Oszalałeś? Ja i deska to WIELKIE nieporozumienie.
-Aj,  przesadzasz...każdy umie.  To jest banalne.
-Ja nie umiem, bo nie jestem każdy.
- Nauczę cię – zdecydował z zadowoleniem, a Amy uśmiechnęła się  z ciekawością nam się przyglądając.

*oczami Nathana*
Siedzę w tym cholernym samochodzie już dobre  trzy godziny i słucham rozmowy Diaza z  jakimś mężczyzna. Z tego, co się dowiedziałem, jak zwykle chodzi o kasę. W każdym razie uwielbiam podsłuchy... Teraz może być coś interesującego.
- O, widzę że masz kolejną dupę- powiedział znajomy głos.
-To moja córka- odparł Diaz z lekkim poirytowaniem.
-Nooo.... To jak nie oddasz kasy to tej twojej pięknej córeczce może stać się coś niedobrego- zaśmiał się drugi i już wiedziałem kto to jest. Kurwa! Nie  wierzę, że  to Jay. Jego obecność zawsze zwiastuje kłopoty.
-Rób sobie z nią co chcesz-oświadczył obojętnym tonem Diaz. Kochany tatuś, nie ma co. Jak można być takim dupkiem i nie przejmować się własnymi dziećmi?
-Skoro  cię córeczka nie obchodzi  to mogę zrobić z nią co chce?- upewnił się Jay.
-Głuchy jesteś czy co? Przecież mówię, że mnie nie obchodzi. Nicole jest taką samą szmatą jak jej matka
-Czyli córcia to Nicole....-Nie mogę tego słuchać. Diaz jest strasznym idiotą. Już wiem, dlaczego Jack chciał ją stąd jak najszybciej zabrać. A co do Jay'a… on jest najgroźniejszym gangsterem w całym Londynie. Dobra trzeba się zbierać i zawiadomić Jacka, co się święci.
Gdy wróciłem do domu usłyszałem śmiech Amy i Jacka oraz przerażony  krzyk Nikki. Co się tam dzieje?
Wszedłem  cicho do domu, a następnie na taras.
-JACK! Jak się tym skręca?!- wrzeszczała Nikki próbując skręcić na desce. Amy pokładała się ze śmiechu, a Jack nie był od niej gorszy.
-Lekko przenieś ciężar ciała na stronę, w którą chcesz skręcić- powiedział przez śmiech. W tym samym czasie zobaczyła mnie Amy.  Pokazałem jej, żeby nic nie mówiła. Nagle  Nikki wpadła do basenu razem z deską. Jej mina była bezcenna. Przerażenie i szok zmieszane ze wściekłym spojrzeniem na Jack’a. Nie mogłem się powstrzymać i wybuchłem śmiechem razem z resztą.

*oczami Nikki
CHOLERA!!! Wypłynęłam z basenu i zobaczyłam jak Jack i Amy pokładają się ze śmiechu przed basenem, a w drzwiach stał Nathan. Też się ze mnie śmiał. Znowu wyszłam przed nim na ofiarę losu, która nic nie umie zrobić. Po prostu świetnie.
-Nic...ci nie jest....?- próbował powiedzieć Jack nieustannie się śmiejąc.
-Nie, ale deska nie jest dla mnie… Lepiej będzie jak pójdę do domu.- dodałam cicho i skierowałam się w stronę drzwi.  –Dam Ci sukienkę- zaproponowała Amy i poszła razem ze mną.
Pożyczyła mi piękną miętową sukienkę z dużą kokardką. Nie do końca mój styl, ale nie protestowałam i założyłam ją. Schodząc po schodach słyszałam rozmowę Nathana i Jack'a. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie zmienili tematu na pogodę, gdy usłyszeli moje kroki.
-Jak tam moja słodka skeiterka?- powiedział Jack.
-Zabawne… Mówiłam, że nie umiem.- odparłam  siadając obok niego.
-Ale i tak sobie dobrze radziłaś.
-Nie musisz mnie pocieszać, bo wiem, że to nieprawda.- powiedziałam
- Byłaś…- zaczął Sykes z wrednym uśmieszkiem, ale na szczęście przerwał mu dzwonek do drzwi. Nie sądziłam, że Sykes ma jakiś znajomych. Jack też był zdziwiony tą wizytą.
-Siema! -powiedział jakiś gość, którego nie znałam.
-Jay?!- Nathan chyba się go nie spodziewał. Jack gwałtownie zerwał się z kanapy stając przede mną jakby, chciała mnie zasłonić.
-Starego kumpla nie poznajesz? - Jack podał mi dyskretnie swoje okulary przeciwsłoneczne i kazał mi je założyć. W tym samym czasie z góry zbiegła Amy. Gdy zobaczyła tego całego Jay stanęła jak wryta. Czy tylko ja nie wiem, co tu jest grane?
-Dawno cię nie widziałem....Gdzieś ty się podziewał? -Spytał Nathan, jakby nie chciał wpuścić go do domu.
-Tu i tam.... Interesy po prostu, sam rozumiesz. Nie wpuścisz mnie?
- Niie no, jasne wchodź- zaprosił si do środka. Pięknie, kolejny świr. Nie zamierzam z nimi siedzieć, idę do siebie.
-Gdzie idziesz?- z  niepokojem spytał Jack
-Położę się...na chwilę-odpowiedziałam chłopakowi i oddałam mu okulary.
-coś co jest?
-Trochę głowa mnie boli...a po za tym nic- uśmiechnęłam się lekko.
-Zaprowadzę cię
-Umiem trafić, braciszku...-klepnęłam go w ramie i poszłam.
-Jack... siema...- przywitał  Jay
-Cześć...przywitali się i usiedli na kanapie. Gdy byłam już na schodach, dołączyła do mnie Amy.
-Czekaj idę z tobą...szepnęła.

*oczami Nathana
 -A gdzie twoja siostra? – spytał Jay
-Pewnie u siebie z...  laptopem jak zwykle- cholera, niewiele brakowało, a wydałbym Nikki.
-To zawołaj ją tu do nas, nie będzie sama siedzieć- zaproponował. Od dawna wiem, że buja się w mojej siostrze. Nie jedna była już z nim i bardzo źle każda z nich kończyła. Nie pozwolę, żeby moją Amy spotkała to samo. A poza tym jest z Jackie'm i są szczęśliwi … w przeciwieństwie do mnie.
-Nie siedzi sama- powiedział Jack. Z daleka było widać, że nie toleruje Jay'a. Od samego początku tak było i pewnie tak zostanie.
-A właśnie, znalazłaś już tą swoją siostrzyczkę? -spytał chamsko Jay
-Nie- odpowiedział Jack, widać było, że ma ochotę go zabić.
-Uuu...Szkoda, może bym pomógł- no chyba na łeb upadł, sądząc, że się zgodzimy.
-Obejdzie się.
-Nie bądź taki chamski....-powiedział Jay i zadzwonił mu telefon.-Dobra ja spadam bo mam ważną sprawę do załatwienia. Cześć.

*oczami Nikki
-Amy, powiedz mi kto to jest?-spytałam się blondynki, gdy byłyśmy już w pokoju.
-To jest Jay, najgroźniejszy gangster w całym Londynie- powiedziała prosto z mostu.
-Co?...i on siedzi z moim bratem w jednym pomieszczeniu? -Mówiłam pokazując palcem na podłogę.
-No to słuchaj...  Najlepsze jest to, że oby dwaj się nie lubią bo kiedyś  Jay próbował mnie poderwać- uśmiechnęła się na to wspomnienie- No i Nath kiedyś dla niego pracował.
-To sobie  kumpla znalazł....nie ma co. 

--------------------------------------------------------
Hej to znowu ja :P
jak wam się podoba ? piszcie w komentarzach......
nie rozpisuje się bardzo  ponieważ źle się czuje
więc do następnego
kocham was i do zobaczenia

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 14

- Na pewno chcesz iść tam sama?- chciał się upewnić Jack, gdy wysiadałam z samochodu.
- Tak, zabiorę szybko kilka drobiazgów i za kwadrans wracam- odparłam i poszłam a w stronę domu. Drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Niepewnie przekroczyłam próg, zastawiając się  czy Dick jest w środku. Miałam nadzieję, że go nie spotkam. Już sam hol przywołał tysiące wspomnień z mamą w roli głównej. Zaszkliły mi się oczy, ale błyskawicznie je otarłam i zajrzałam do salonu. Pusto. Oprócz butelek leżących na podłodze (i dość starych, bo trochę muszek przy nich latało) ani śladu Dicka. Zniknęła natomiast część wystroju typu duży zegar nad telewizorem, którego zresztą też już nie było jaki i znacznej części różnych dokumentów w szafce obok. Z dużej szafy w holu wyciągnęłam małą walizkę i co ważniejsze druki czy pisma urzędowe spakowałam do środka. Jak najszybciej chciałam opuścić ten pokój, bo zaduch i smród panując w środku przyprawiały mnie o mdłości. Dalej  poszłam do kuchni. Cisza panująca w domu, była niepokojąca. Nie mogłam się powstrzymać i zajrzałam do lodówki. Żadnego jedzenia tylko kilka puszek piwa. Z odrazą zamknęłam drzwiczki i rozejrzałam się dookoła. Pierwsze, co zrzuciło mi się w oczy, to ulubione krzesło mamy. Jak byłam mała, wydrapałam na nim podpis "mum". Od razu przypomniał mi się nasza rozmowa w nocy:
Po cichu zeszłam do kuchni. Myślałam, że jestem jedyną osobą, która nie śpi, ale się myliłam. Przy stole siedziała mama. W sumie nie powinno mnie dziwić, bo od kilku lat ma problemy ze snem.
-Mamo? – szepnęłam, żeby jej nie wystraszyć.
-O co chodzi Nikki?
-Wyprowadzam się do taty!- oznajmiłam z entuzjazmem, ale po widząc minę mamy, mój uśmiech zniknął.
-Co proszę? To żart, prawda?- powiedziała niespokojnie, ale rozumiałam ją.
-No… wyprowadzam się do taty. Dłużej tu nie wytrzymam! -powiedziałam chyba ciut za głośno. Chciałam wyjść, jednak mama złapała mnie za rękę.
- Ty nie wiesz jakim on jest człowiekiem.
-Na pewno lepszym niż Dick!- odgryzałam się. 
-Nicole! Proszę, zostań!

-Nie mamo, podjęłam decyzję. Nie zostanę tu dłużej!
Ostatni zdanie nie dawało mi spokoju. Gdybym wtedy podjęła inną decyzję, mama by żyła. Szybko otarłam łzy. Bez problemu odnalazłam w szafce przy lodówce notes ze wszystkimi kontaktami mamy. Kto wie, może się przyda. Zabrałam torbę ze sobą i poszłam na piętro. Sypialnia rodziców, a raczej mamy (ten potwór sypiał  na kanapie) nic się nie zmieniła. Skromna, bez zbędnych dodatków. Ze smutkiem odkryłam, że cała biżuteria zniknęła. Wszystkie kolczyki, pierścionki, bransoletki, łańcuszki... przecież mama była tak bardzo do nich przywiązana. Z każdym wiązała się jakaś historia, które uwielbiałam  słuchać w dzieciństwie. Ze smutną miną skierowałam się do swojego pokoju. Kiedy otworzyłam drzwi, doznałam szoku. Niby wszytko na swoim miejscu, ale cała podłoga i biurko zabrudzone były we krwi. Czy to możliwe, że to krew... mamy? W szpitalu widziałam, że jedną rękę miała w bandażu. W tej chwili poczułam jeszcze większą nienawiść do Dicka. Ubrań nie brałam, bo praktycznie nic nie zostawiłam. Wrzuciłam do torby dwa albumy ze zdjęciami, teraz jedyna pamiątka po mamie. Na chwilę zatrzymałam się przy oknie. Obok, na ścianie, wisiał kilka fotografia: ja z Emily w różnych etapach dorastania i ja z mamą. Tę ostatnią zdjęłam i położyłam na albumach. Chyba już wszytko spakowałam. Zamknęłam torbę. Postanowiłam jeszcze raz przejrzeć pokój w nadziei, że natknę się na coś ciekawego. W biurku i w komodzie nic, za to w pudełku pod łóżkiem trafiłam na stary pamiętnik. Może nie taki stary, bo ostatni wpis był sprzed miesiąca, ale prowadziłam go ponad trzy lata.  Nie na darmo wybrałam wtedy taki gruby brulion. Dopakowałam go jeszcze do torby, kiedy nagle usłyszałam skrzypnięcie drzwi. Myślałam, że to Jack.
- Po co tu kurwa wracałaś suko!!!- aż podskoczyłam przerażona. Dick złapał mnie za włosy i podniósł do góry. Chciałam się od niego uwolnić, ale moje wysiłki były bezskuteczne.  Ten potwór cuchnął alkoholem i papierosami, aż mnie mdliło od tego zapachu. 
- Zostaw mnie!- próbowałam się uwolnić, ale moje wysiłki były bezskuteczne.
- Chyba nie chcesz tu nabałaganić jak matka, hę?!- z całej siły popchnął mnie na ścianę. Upadłam. Chciałam się podnieść, jednak ten dureń znowu mnie złapał i tym razem przycisnął do ściany- Teraz się z tobą policzę suko- wysyczał i wyjął nóż. Bałam się. Cholernie się bałam.
- NIE!!!- zaczęłam wrzeszczeć i jakimś cudem wyrwałam się pułapki. Wtedy Dick kopnął mnie w brzuch. Jeszcze poprzednie rany się nie zdążyły zagoić. Poczułam ogromny ból i mimowolnie skuliłam się na ziemi.

*Perspektywa Nathana*
Kiedy Nikki poszła po szła po "kilka rzeczy", Amy i Jack wybrali się na krótki spacer. Oczywiście ja zostałem w samochodzie. Pewnie te drobiazgi, które dziewczyna chce zabrać okażą się walizką ciuchów, torbą kosmetyków i mnóstwem zbędnych dupereli, więc nie ma szans wyrobić się w pół godziny. Z nudów włączyłem sobie podsłuch. W tym samym czasie usłyszałem donośny krzyk. Bez wątpienia była to Nikki. Dlaczego zawsze ja mam takie sytuacje? Bez wahania pobiegłem w kierunku domu. Na parterze pustka, natomiast z piętra dobiegały mnie strzępki rozmowy.
- Pożałujesz kurwo za swoje zachowanie.... Przez ciebie twoja matka nie żyje.... - starając się być cicho, podążałem za głosem.
- Nie, zostaw mnie- usłyszałem błaganie dziewczyny i  jej płacz. Natychmiast wszedłem do środka. To co zobaczyłem, zamurowało mnie. Na podłodze leżała zwinięta w kłębek Nikki, a ten cały Dick szturchał ją non stop nogą, zwłaszcza skupiał się na brzuchu. Był tak pijany, że ledwo utrzymywał się w pozycji stojącej. Nagle kucnął i przystawił do szyi dziewczyny nóż.
- Teraz nikt cię suko nie uratuje- syknął i przyłożył ostrze do ramienia Nikki, powoli przesuwając je w stronę nadgarstków. Ona szlochała,  bała się, ale nie wiedziała, że jestem w pokoju. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, wyciągnąłem pistolet i w tej  samej chwili usłyszałem krzyk dziewczyny.  Strzeliłem. Z satysfakcją patrzyłem jak ten dupek upada obok Nikki. Dopiero teraz mnie zauważyła. Miała rozcięte przedramię, jednak moją uwagę bardziej przykuło jej spojrzenie, przepełnione bólem, smutkiem i przerażeniem? Schowałem broń. Chciałem do niej podejść i pomóc jej wstać, ale kiedy zrobiłem dwa kroki w jej stronę, Nikki się cofnęła pod samą ścianę. Widziałem, że to wymagało wiele wysiłku z jej strony. Nie sądziłem, że będzie się mnie bać.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię- powiedziałem powoli pewnym  głosem i nie robiąc gwałtownych ruchów szybko znalazłem się przy dziewczynie. - Naprawdę chce ci pomóc.
- Nie  potrzebuję twojej łaski- odparła uparcie. Z dezaprobatą pokręciłem głową i wziąłem ją na ręce,  a następnie zaniosłem do kuchni. Nikki  była tak słaba, że nawet nie miała siły protestować.  Na sekundę pojawił się tylko grymas bólu na jej twarzy, gdy ją podnosiłem. Sadzając ją na krzesełku zapytałem gdzie są bandaże. Ruchem głowy wskazała na szafkę przy ścianie. Bez słowa zabrałem potrzebne przybory  i chciałem zdezynfekować ranę. Dziewczyna odruchowo cofnęła rękę, a w oczach czaiła się niepewność. Zignorowałem to i nałożyłem bandaż.
- Walizka w pokoju?- kiwnęła tylko, chyba nieświadoma, że powoli skręca się w kłębek. Zrobiło mi się jej szkoda, że tak bardzo cierpi. Błyskawicznie odnalazłem torbę, chociaż spodziewałem się czegoś znacznie większego. Zaskoczyła mnie. Na moment zatrzymałem się też przy mini wystawce zdjęć. Poznałem na nich tę dziewczynę, co z nią gadała po pogrzebie. Gdy wróciłem z do kuchni, zastałem tam Amy i Jack'a.
- Co się stało? -spytał chłopak,  a siostra w tym czasie tuliła Nikki.
- Nie widać? Ten skurwiel się napatoczył, to się go pozbyłem, a że w międzyczasie były komplikacje to nie moja sprawa- wytłumaczyłem znudzonym głosem. Skoro ma się kto zająć młodą, wróciłem do samochodu. Nie musiałem długo czekać, aż przyszła reszta.

  --------------------------------------------------------------------------
ALE JESTEM IDIOTKĄ!!!!!
bardzo was przepraszam że dopiero dodałam rozdział ale po
1: zapomniałam
2:w sobotę byłam na zakupach z koleżankami a w niedziele miałam niespodziewanych gości i mnie maiłąm się jak wyrwać.
Jeszce raz BARDZO WAS PRZEPRASZAM!!!!!!!! 
a jeszcze te emocje w sobotę jechałam widną razem z piłkarzem   i go nie poznałam a później wychodząc z galerii mijałam się z  siatkarzem  i też go nie poznałam :'(((((
A co do rozdziału jeszcze raz przepraszam !!!! 
I po Dick'u !!! cieszycie się że nie będzie już  prześladował  Nikki. Ale już wymyśliłam jej kolejnych wrogów jesteście ciekawi ?
do zobaczenia postaram się dodać w sobotę kolejny.
kocham was i do następnego :***

niedziela, 3 sierpnia 2014

Rozdział 13

Nadszedł dzień pogrzebu mamy. Cały ten czas spędziliśmy w hotelu. Mnie nie chciało się nigdzie wychodzić. Raz, że nie miałam na to ochoty, dwa- na przeciwko hotelu był sklep, k którym pracowała mama, trzy- jeszcze wszytko mnie bolało, a na brzuchu miałam wielkie paskudne sińce. Każdy miał własny pokój, jednak co jakiś czas ktoś do mnie zaglądał. Ktoś, czyli Jack albo Amy. Z Sykes'em się nie widziałam. Może to i lepiej bo Przynajmniej nie wie jak beznadziejnie wyglądam.  Trochę jak zombie, smutna mina, cała zapłakana z podkrążonymi oczami. W nocy nie mogłam spać, a jeśli udało mi się zasnąć, to nie na długo, ponieważ nękały mnie koszmary. Śniła mi się mama jak zjawia się się tu w pokoju i mówi, że to przeze mnie zginęła. A potem przychodzi Dick i zadaje jej rany nożem. Nie mogę wtedy odwrócić głowy, jakby jakaś niewidzialna ręka mnie trzymała i kazała patrzeć na te męczarnie. Budzę się z płaczem, a w głowie rozbrzmiewają mi ostatnie słowa mamy "to twoja wina".
Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie do drzwi. Bez pośpiechu poszłam otworzyć. Mogłam się domyślać, kogo zobaczę. Była już ubrana w czarną dopasowaną sukienkę przed kolano, a do tego czarny żakiet. Ten strój dodawał jej powagi.
- Nikki, jeszcze nie gotowa? Za dwie godziny się zacznie...
-Wiem-przerwałam i wpuściłam ją do środka- Ja chyba nie dam rady tam iść.
- Oczywiście, że dasz radę. Będziemy razem z tobą- przytuliła mnie.-A teraz śmigaj pod prysznic.
Chociaż Amy a słowem nie skomentowała mojego stanu, widziałam na jej twarzy smutek, kiedy ukradkiem przyglądała się śladom łez na moich policzkach. Dwadzieścia minut później, już czysta i pachnąca, wróciłam do pokoju. Na łóżku dostrzegłam sukienkę. Czarna z dopasowaną górą i lekko rozkloszowanym dołem. Wyglądała ślicznie. Amy jedynie się uśmiechnęła i pomogła mi ją założyć. Następnie usadziła mnie przy toaletce. Chwilę zastanawiała się co ze mną zrobić.
- Myślę, że makijaż będzie zbędny, a poza tym masz świetną cerę, która niczego nie potrzebuje. A a włosy może...- Nie skończyła tylko zabrała się za czesanie. Po kilku minutach  uczesała mnie w kłosa, który delikatnie opadał mi na ramię. Byłam jej wdzięczna, że się mną zajęła. Sama chyba nigdy nie zabrałabym się za przygotowanie do... do...
- Nikki, co się stało?- zapytała Amy widząc łzy w moich oczach.
- Nic, po prostu uświadomiłam sobie, że nigdy więcej nie zobaczę mamy...
- Możemy już iść?- do pokoju wparował Jack. Chociaż przez kilkanaście lat nie widział mamy, jej  śmierć też się na nim odbiła. Pokiwałam twierdząco głową. Amy od razu podeszła do swojego chłopaka. Szli pierwsi. Obok Nathan, a ja na końcu.
                                          ***
Na pogrzebie było dużo ludzi. Nawet się tego nie spodziewałam. Wielu z nich znałam, część tylko kojarzyłam z widzenia, a większość widziałam pierwszy raz w życiu. Ksiądz wygłosił piękne kazanie. W tak wspaniały sposób mówił i mamie i o tym jak dobrym BYŁA człowiekiem, że nie potrafiłam słuchać tego w spokoju. Wewnątrz męczyły mnie wyrzuty sumienia, że to jednak przez moją głupotę tyle osób, zebranych nad jej grobem, w  ciszy próbuje się pogodzić ze śmiercią bliskiej im osoby- przyjaciółki, znajomej, koleżanki z pracy, sąsiadki, miłej pani ze sklepu… Właśnie podczas kazania uświadamiałam sobie, jak trudne życie miała mama. Wiecznie zapracowana kobieta, która praktycznie sama wychowuje córkę i utrzymuje jeszcze takiego potwora jakim jest Dick. Nigdy nie miała czasu dla siebie, żeby odpocząć, zrelaksować się, spokojnie wyjść na spacer czy do koleżanki. Pomagałam jej w domu, ale wobec syfu, który robił dookoła siebie Dick, nasze wysiłki były bezskuteczne. To właśnie mama non stop się  z nim użerała, próbowała go uspokoić kiedy się gniewał i miał napady złości. Zawsze potulnie wykonywała jego durne polecenia. Moja mama była… Ona cały czas jest dla mnie prawdziwym bohaterem, wzorem. Po policzku spłynęła samotna łza, a za nią kolejna i kolejna i jeszcze jedna. Dobrze, że Amy zrezygnowała z makijażu. Chciałam chociaż trochę uspokoić swój płacz i wysłuchać do końca tego, co kapłan zamierzał powiedzieć, ale to było silniejsze ode mnie. Jack objął mnie ramieniem, a ja odruchowo się w niego wtuliła. Przez głowę przemknęła mi myśl jakim cudem mogę jeszcze płakać, skoro od kilku dni nie robię nic innego.   
Gdy spuszczali trumnę, wyrwałam się bratu. To bolało. Teraz już nigdy nie zobaczę mamy. Nigdy nie spojrzę  w jej czekoladowe oczy, nie zobaczę uśmiechu na jej twarzy. Mam już nigdy nie powie, że jest ze mnie dumna, żebym się nie przejmowała Dickiem, żebym była dzielna. Nigdy więcej nie pogładzi mnie po głowie, jak zawsze kiedy mnie budziła. Nigdy więcej mnie nie przytuli i… I to wszystko dlatego, że przeze mnie jest teraz martwa. To przeze mnie leży teraz sama w ciemnej trumnie z każdą chwilą przysypywana coraz większą ilością ziemi. Z każdą chwilą była coraz dalej ode mnie. Jack mocno mnie podtrzymywał i tulił do siebie, ponieważ nie miałam siły, żeby sama się utrzymać.

Po pogrzebie niemal każdy do mnie podchodził i składał kondolencje. Po raz kolejny tego dnia usłyszałam tak wiele dobrych słów o mamie. Nagle znieruchomiałam i zaczęłam wpatrywać się w wejście po drugiej stronie cmentarza. Przez moment wydawało mi się, że widziałam tam Dicka. Nie, to przecież niemożliwe.
- Nikki, w porządku- zaniepokoił się Jack.
- Tak, jest dobrze- odparłam cicho, ale przypomniał mi się koszmar i słowa, które spędzały mi sen z powiek „To twoja wina.”
Gdy mieliśmy wychodzić, zauważyłam przy bramie znajomą blondynkę. Tak, to Emilly. Dziewczyna, widząc mnie, od razu do mnie podbiegła i mnie przytuliła.
- Emi, nawet nie wiesz jak mi cię brakowało- wyszeptałam.
- Przepraszam, że się tyle nie kontaktowałam, ale za każdym razem twój telefon nie odpowiadał. Co się  z tobą działo?- kurde, co ja mam jej powiedzieć? Że zostałam porwana przez własnego brata, a mój ojciec to płatny zabójca? I nie mam telefonu od… dawna? To nie przedzie. Muszę szybko coś wykombinować.
- Nie, to wszystko to moja wina. Co u ciebie?
- Emmm…- trochę się zmieszała- przepraszam, że w takich okolicznościach...ale musze ci kogoś przedstawić.
- Nie martw się, śmiało- po chwili Emi wróciła z Tonym. Moja mina natychmiast zrzedła. Przecież kilka dni przed wyjazdem przysięgała, że nigdy nie umówiłaby się z nim,  a teraz... Wtedy jeszcze nie wiedziała, że go znam. Tony też często zostawał po lekcjach na jakieś zajęcia sportowe. Gdy w szkoła była niemal pusta, nikt mu nie przeszkadzał  w znęcaniu się nade mną. Jako chłopak z bogatej rodziny z nikim  się  nie liczył, uważał że jest pępkiem świata,  a wszyscy lecieli na jego kasę. W trakcie lekcji omijał mnie z daleka, bo kto chciałby się ze mną zadawać skoro mieszkam pod jednym dachem z Dickiem? Jednak gdy wracał z treningów, mógł się ze mnie nabijać do woli, a nawet próbował się do mnie dobierać. Parę razy się z nim pokłóciłam, ale on i tak był górą. Kto by mi uwierzył? Według nauczycieli Tony to wzorowy uczeń,  a jeśli jego rodzice dają kasę na szkołę, to całe grono pedagogiczne chucha i dmucha na swojego pupilka. Widok Tonego i Emily bardzo mnie zabolał.
- Tony, to jest...
-My się znamy- przerwał jej chłopak- mogłaś uprzedzić, że twoja Nikki to ta mała kurwa- zakpił sobie.
- Tony...- tylko tyle powiedziała Emily. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami na dobre i na złe, że Emi jakoś zareaguje, a ona nie nie zrobiła.
- Jak śmiesz mnie tak nazywać!- zdenerwowałam się.
- Jakbyś byś nie pchała się Dickowi do łóżka, to może inaczej bym cię nazywał- łaskawie wytłumaczył.
- Nie kłam, ty nic o mnie nie wiesz!
- Może i nie, ale wiem co opowiada ten pijak. Emily, kochanie idziemy- zarządził, a dziewczyna rzuciła krótkie "cześć" i wesoło podążyła za chłopakiem. Wytarłam oczy,  chcąc pozbyć się łez i poszłam do samochodu. Obok spacerowali Amy i Jack, a Nathan był już w środku.
- Kto to był?- zainteresował się brat?
-Stara znajoma, nikt ważny...- odparłam ze smutkiem. Już nie przyjaciółka. Nie spodziewałam się, że stracę ją w ten sposób. Jeszcze muszę zabrać kilka drobiazgów z domu i nigdy więcej nie zamierzam tu wracać.



----------------------------------------------------------------
I obiecana 13 :DDD 
cieszycie się?? bardzo przepraszam że tak późno znowu,ale cały dzień jestem z przyjaciółmi na dworze i nie mam jak dodawać wcześniej.Mam nadziej że się nie gniewacie.
kocham was i do zobaczenia <3

sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział 12

Perspektywa Nathana*

No dobra, może to i moja wina, że Nikki sobie poszła. Niby wiedziałem, czego możemy się spodziewać po przylocie, ale jakoś się tym nie przejąłem. Dziewczyna długo nie wracała, a Jack i Amy zaczęli się o nią martwić. Kiedy siostra posłała mi spojrzenie mówiące „Zrób coś”, z ociąganiem wstałem i wyrzucając po drodze kubek po kawie, poszedłem w kierunku, gdzie biegła dziewczyna. Długo nie mogłem jej znaleźć. Powoli zapuszczałem się w jakiś opuszczony korytarz, znaczy się nie było tu żadnych sal, a jedynie jakieś schowki na różne sprzęty. Gdy usłyszałem dziwne szmery, przyspieszyłem.
- Zobaczymy czy będziesz się rzucać jak mamusia. Dla niej się źle skończyło- dobiegło mnie zza rogu. Ostrożnie wyjrzałem, żeby sprawdzić o co chodzi. To, co zobaczyłem, mocno mną wstrząsnęło. Jakiś skurwiel bił Nikki. Dziewczyna kuliła się na ziemi i była ledwo żywa. Zakrwawiona i zapłakana. Zrobiło mi się jej szkoda. Niby nie powinienem być dla nie miły, ale ze względu na Jack’a i Amy i muszę jej pomóc. Taaa… Świetna wymówka. Nie ze względu na blablabla… Po prostu polubiłem ją i nie chcę, żeby coś jej się stało, a tym bardziej, żeby cierpiała przeze mnie. No właśnie. Nawaliłem. Ale nie mogę jej pokazać, że mi na niej zależy. To zbyt skomplikowane.
-Proszę... nie...- z trudem szeptała dziewczyna. Ten dupek zaraz ją zabije, jeśli czegoś nie zrobię.
- NIKKI!!!- starałem się odwrócić jej uwagę, zanim straci przytomność. Na próżno. Byłem wściekły. Facet najwidoczniej nie spodziewał się mnie zobaczyć, dlatego wykorzystałem jego nieuwagę i szybko powaliłem go na ziemię. On był kompletnie pijany. Gdy upadał, wypadł mu z ręki nóż. Szybko zabrałem przedmiot i go schowałam. Kiedy ten dupek próbował się podnieść, wziąłem dziewczynę i jak najszybciej chciałem ją zanieść do jakiejś sali. Kto wie, co mógł jej zrobić.  Na szczęście po drodze natknąłem się na lekarza.
- Boże Święty! Co jej się stało?!- zaczął panikować, gdy ją zobaczył.
- Została pobita- a widząc badawcze spojrzenie lekarza, dodałem- ja tego nie zrobiłem. Znalazłem ją w takim stanie.
- Dobrze, że się pan nią zajął- powiedział i rozejrzał się, szukając wolnej sali. Po chwili Nikki leżała na łóżku. Zostawiłem z nią lekarza, żeby ją zbadał, a sam poszedłem do Amy i Jack’a.
  - Wreszcie jesteś? Gdzie się tyle włóczyłeś? I gdzie jest Nikki?- Amy zasypała mnie pytaniami. Jack natomiast siedział
zgarbiony. Nie sądziłem, że śmierć matki tak na niego wpłynie. Niby nie widzieli się kilkanaście lat, a mimo to w wolnej chwili starł się sprawdzić, co się dzieje w domu.
- Lekarz teraz ją bada. Może lepiej chodźcie- zaproponowałem i zaprowadziłem ich do sali, gdzie leżała dziewczyna. Kiedy wchodzili, Amy od razu rzuciła się do łóżka, a Jack najwidoczniej nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Najpierw matka, teraz siostra. Zostałem nieco z tyłu. Lekarz właśnie wychodził.
- Co z nią?- spytał Jack.
- A pan to kto?
- Jestem jej bratem. Proszę powiedzieć, co z Nikki- naciskał chłopak.
-Pańska siostra została dość mocno pobita. Może wygląda to niewesoło, ale proszę wierzyć, że miała dużo szczęścia. Rozcięta warga i krwotok z nosa to nic takiego. Bałem się, że ma uszkodzone narządy wewnętrzne lub coś gorszego. To naprawdę cud, że jest tylko mocno poobijana. Na dodatek jest bardzo osłabiona, dlatego kiedy się obudzi, proszę niezwłocznie mnie zawołać.- Gdy skończył mówić, Jack odetchnął z ulgą. Nie jest najgorzej. Chłopak siadł z drugiej strony łóżka i ze smutkiem popatrzył na Nicole.
- Co się w ogóle stało?- zapytała Amy.
- No jak po nią poszedłem, to długo jej nie mogłem znaleźć. W końcu zawędrowałem w trochę dziwny zaułek i zobaczyłem jak jakiś pijany facet ją bije. Szybko go unieszkodliwiłem i zabrałem ją do lekarza.
- Zabiję skurwiela!- zdenerwował się Jack.- Jak go dorwę, to go zabiję!
- Ciszej, Nikki się budzi- zwróciła mu uwagę Amy.

*Perspektywa Nikki*
- Ciszej, Nikki się budzi- usłyszałam głos Amy i powoli otworzyłam oczy. Wszystko mnie bolało, zwłaszcza brzuch. Zobaczyłam siedzących obok Jack’a i Amy. Przy drzwiach stał Nathan i patrzył za okno. Dziewczyna wyciągnęła go z sali i poszli po lekarza.
-Jak się czujesz?- spytał troskliwie Jack.
- Pomijając fakt, że nie mogę się ruszyć i zrobić głębszych oddechów, bo mnie boli, to nie jest…- ucichłam nagle i z przerażeniem wpatrywałam się w drzwi. Jack najpierw zerknął na mnie, a potem na wejście.
- Tu się chowasz suko!- Dick był wściekły. Odruchowo chciałam się cofnąć, ale nagle przeszyła mnie fala bólu, a w oczach pojawiły się łzy. Jack wstał.
- Teraz sobie ochroniarza znalazłaś, co?- Mężczyzna zaczął zbliżać się do łóżka. W tym samym czasie chłopak zagrodził mu drogę.
- Zostaw moją siostrę w spokoju i lepiej wyjdź teraz zanim będą cię stąd wynosić- zagroził Dickowi. Ten dupek się uśmiechnął i próbował ominąć Jack’a, jednak chłopak jednym uderzeniem go zatrzymał. Facet złapał się za rozwalony nos i popatrzył na mnie ze złością.
- I tak cię dorwę mała dziwko!!! Ode mnie nie uciekniesz!- powiedział na odchodne, a Jack bez zastanowienia kilka razy mu przyłożył.
- Nigdy więcej nie mów tak do mojej siostry- wysyczał  i wyrzucił go z sali. Dosłownie kilka sekund później weszli Amy, lekarz i Nathan.
- Co się stało Nikki?- zapytała blondynka, a ja po raz któryś już tego dnia się rozpłakałam.
- To był Dick- Widząc, że niewiele jej to mówi, dodałam- on... on za-zabił…- Nie skończyłam. Dziewczyna szybko mnie przytuliła. Teraz brzuch zaczął mnie boleć jeszcze mocnej.  Lekarz natychmiast podał mi środki przeciwbólowe i mnie zbadał.
- Jest pani bardzo osłabiona i przez kilka dni może panią boleć brzuch. Wtedy proszę brać te leki- podał mi receptę- Gdyby pojawiły się jakieś komplikacje, proszę się natychmiast ze mną skontaktować. Natomiast teraz nie widzę sensu trzymania pani w szpitalu, dlatego kiedy zadziałają środki przeciwbólowe, może pani wracać do domu- oznajmił z uśmiechem na twarzy i wyszedł. Jack się chyba bardziej ucieszył tymi informacjami niż ja. Posiedzieliśmy jeszcze pół godziny, aż stwierdziłam, że mogę się w miarę normalnie poruszać. Z pomocą brata wyszłam ze szpitala i pojechaliśmy do hotelu. Tam odpoczęliśmy, chociaż to nie było konieczne i Amy stwierdziła, że muszę coś zjeść. W sumie miała rację, bo nawet śniadania nie zjadłam.
- Nikki, chciałabyś jechać do domu?- spytał Jack.
- Do domu?- powtórzyłam niepewnie.
- Zabrać rzeczy. Więcej nie musiałabyś tam wracać.- Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Z jednej strony bardzo chciałam tam wrócić. Chociaż na chwilę, żeby posiedzieć w swoim pokoju i zabrać kilka drobiazgów. Z drugiej strony bałam się tego. Dom kojarzył mi się z mamą. Nie wiem jak to zniosę. Tyle wspomnień. Dobrych i złych. A co jeśli spotkam Dick’a? Dzisiaj pokazał swoją drugą naturę. Jeśli mnie tam zobaczy… Wolę o tym nie myśleć.
- Nikki? Słuchach mnie w ogóle?
- Tak. Nie. Zamyśliłam się- przyznałam niechętnie i kątem oka dostrzegłam wredny uśmieszek Sykes'a.
- Chcesz tam jechać?
- Tak, ale dopiero po pogrzebie.

-----------------------------------------------------------------------------------
 Hej miśki  :DDD
wróciłam  cieszycie się?
bardzo ale to bardzo was przepraszam za moją nieobecność aloe po prostu nie miałam dostępu do internetu i małe problemy rodzinne.Ale już jestem i wszystko w jak najlepszym porządku i za zadość uczynienie jutro dodam następy cieszycie się?
mam do was małe pytanko...podoba mi się pewien chłopak który mnie nie zna....i ja kompletnie nie wiem  jak się z nim zapoznać.Pomożecie?
A wracając do bloga zastanawiam się czy go nie usunąć ponieważ bardzo mało osób go czyta i nie wiem czy jest sens pisania dalej.Jak myślicie piszcie swoje opinie w komętarzach.
Pozdrawiam i do następnego :)