DAGGER IN MY HEART

Rozdziały w każdą sobotę lub jeśli będą 4 komentarze, rozdział pojawi się wcześniej.

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział 11

Od kilku dni mam dziwne przeczucie. Na dodatek cały czas kłócę się z Sykes'em. Lepiej być nie mogło. Zza okna promienie słoneczne oświetlały mój pokój. Myślałam czy wyjść czy nie, ale jak przypomniałam sobie, że zaraz będzie kolejna awantura to wolałam zostać. Jedynie zdecydowałam się na otworzenie okna na oścież. Świeże powietrze nieco mnie rzeźwiło.
-Nikki!!-zza drzwi dobiega głos Amy.
-Tak?-powiedziałam, niechętnie wpuszczając blondynkę. Chciałam pobyć sama.
-Idziemy...-powiedziała ciągnąć mnie za rękę.
-Co? Gdzie?...Czekaj!-chciałam uwolnić się z uścisku dziewczyny. Mamusiu, ona jest bardziej postrzelona niż ja.
-Wchodzimy na spa…-nie skończyła, ponieważ przerwał jej Jack.
-Nikki....powiedział jakimś dziwnym tonem.
-Tak?-zapytałam niepewnie. Chłopak wyglądał jakoś dziwnie, jakby coś go dręczyło. Po chwili kontynuował-mama... ona...
-Co z mamą?- Nagle ogarnął mnie niepokój.
-Mama jest w szpitalu...- powiedział w tym samym momencie chłopak. Znieruchomiałam.
-Jak to?... Co się stało?-zaczęłam naciskać na chłopaka, chcąc się czegoś dowiedzieć.
-Jest w ciężkim stanie.- Te słowa z trudem przechodziły mu przez gardło.-Ten facet…Jak mu było? Nieważne… On ją pobił....- Jack żartuje, przecież to nie może być prawda. Dlaczego do cholery ten dupek ją pobił? Po moich policzkał zaczęły płynąc łzy. Szybko je otarłam.
-Nie...nie wierzę... powiedz mi, że to głupi żart, to się nie stało i wszystko jest w porządku- mówiła, płacząc już jak małe dziecko. Amy mnie przytuliła.
-Ciii...- zaczęła-chcesz to możemy tam polecieć. Pokiwałam twierdząco głową, a Jack poszedł na dół  poinformować Nathana.

                                    ***
Lot trwał bez żadnych utrudnień. Czułam się, jakbym już nigdy miała  nie zobaczyć  mamy. Jack siedział obok mnie, a Amy i Nathan po drugiej stronie. Nie wiem po co Sykes z nami leci, nie wnikam. Myśl, że mama w ciężkim stanie leży w szpitalu, bo ten palant ją pobiła, sprawiła, że cały czas płakałam. Jack mnie objął ramieniem. Pomogło, ale nadal czułam się okropnie. Z tego wszystkiego nawet nie zjadłam rano śniadania. Teraz to bez znaczenia. 
-Nie przejmuj się...wszystko będzie dobrze- próbował pocieszyć mnie Jack
-Oby-uśmiechnęłam się do niego przez łzy.
                                   ***
 Weszliśmy do szpitala. Charakterystyczny zapach tego miejsca od razu podrażnił mój nos i zrobiło mi się niedobrze. Kilka głębokich wdechów i poczułam się odrobinkę lepiej. W tym czasie Jack poszedł na recepcję, żeby zapytać się gdzie leży mama. Po chwili chłopak prowadził do sali. Nie miała pojęcia, czego mogę się spodziewać.
 -Mama leży w sali nr 112- powiedział Jack, kiedy byliśmy niedaleko.
-Ja idę po kawę i cisto piętro wyżej. Może ktoś coś chce? -spytał Nathan beztroskim tonem. Nikt nie odpowiedział.- Jak nie chcecie, to nie. Jakby coś, wiecie, gdzie jestem.- dodał i z uśmiechem na twarzy poszedł do kawiarenki. Nie no, ten to na wyczucie. W duchu się ucieszyłam, że nie będzie przez jakiś czas. Powoli otwarłam drzwi i weszłam do sali, gdzie leżała mama. Widok, który zastałam, ścisnął mi serce, a w oczach momentalni pojawiły się łzy. Zamrugałam kilkanaście razy. Muszę być silna. Mama, bardzo słaba, ale wciąż przytomna leżała podpięta do przeróżnych aparatur zaplątana w niekończące się kabelki i kroplówki.
-Mamuś...-podbiegłam do łóżka i przytuliłam ją najdelikatniej jak potrafiłam. Nie dawałam sobie rady z powstrzymywaniem płaczu.-Co się stało?
-Dick... zdene... rwował...się- Ciężko jej było mówić, dlatego w skupieniu starałam się wyłapać każde słowo-...bo... nie... było... w… d... omu piwa. -Jak dorwę tego gnoja, to go zabiję. On jest nienormalny.
-Ciiii....odpoczywaj- powiedziałam. Zerknęłam na drzwi i dodałam już nieco weselszym tonem -mam dla ciebie niespodziankę -Pamiętasz Jack’a?-spytałam, a mama z niedowierzaniem patrzyła na mnie. W międzyczasie  dałam chłopaki znak, żeby wszedł.
-Jack?- na twarz mamy wstąpił delikatny uśmiech, a w oczach kryło się zdumienie.
-Mamo...cii… nic nie mów- zaczął i tak jak ją przytulił ją, a potem mnie objął. Prawie się rozpłakałam, dlatego ukradkiem wytarłam oczy.
-moje...dzieci moje kochane- mówiła mama, wkładając w to wiele wysiłku.-Jack, cieszę się że jesteś.
-Ja też się bardzo cieszę, mamo. – a ja dopiero teraz zauważyłam jak bardzo są do siebie podobni. Te same oczy, nos, a kiedy się uśmiechają, kąciki ich ust identycznie się układaj.
-Dbajcie o siebie na wzajem- wyszeptała tak, jakbyśmy już więcej mieli jej nie zobaczyć. Spojrzałam na nią ze smutkiem.
-Będziemy- zapewnił ją Jack, a mama słysząc to, lekko się uśmiechnęła. W tym samym momencie wszystkie urządzenia, do których ją podpięto, zaczęły pikać.
- NIE!!!- zaczęłam krzyczeć i chciałam podejść do łóżka. Po moich policzkach płynęły łzy. Jack zamknął mnie w żelaznym uścisku. Natychmiast przybiegli lekarze. Próbowałam się wyrwać krzycząc i płacząc, ale chłopak przytulając mnie do siebie, wyprowadził mnie na korytarz. Amy od razu zorientowała się, co się stało i nic nie mówiąc mocno mnie przytuliła.
                             *** minut później***
Lekarze zabrali mamę. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Nie mogłam ich powstrzymać. Po chwili przyszedł doktor z poważną miną.
-Bardzo mi przykro, Pańska mama nie żyje-Dlaczego? Przecież próbowali ją ratować. T
-Nie, to nie prawda?!!- zaczęłam jeszcze mocnej płakać, chociaż myślałam, że to jest nie możliwe. Jack podszedł do mnie, a ja mocno się w niego wtuliłam.
-Proszę, powiedz mi że to głupi żart!
-...
-Jack! Powiedz coś!!!
-Przykro mi Nikki. To nie jest żart.
-Nie uwierzycie co widziałem...- zaczął Nathan. Po co on teraz przychodził-...co? Macie miny jakby ktoś umarł- kontynuował beztroskim tonem. Nie mogłam tego znieść.
-Nath...Pani Diaz..ona nie żyje- powiedziała powoli Amy podchodząc do niego.
- Szkoda, ale to normalne że ludzie umierają. Nie ma sensu się przejmować.- Kiedy to mówił, czułam się jakby ktoś rozdzierał mnie na milion kawałeczków. Jak on mógł powiedzieć coś takiego. To bolało. Cholernie bolało.
-Przepraszam was, muszę zostać sama-oderwałam się od brata i nie patrząc na Nathana pobiegłam przed siebie.
Pobiegłam przed siebie. Nie miałam określonego celu. Po prostu chciałam być jak najdalej od nich, zwłaszcza od Sykesa. Kiedy byłam już tak bardzo, zapłakana, że nie widziała, gdzie idę, oparłam się o ścianę. Przecież to wszystko to moja wina. Mogłam temu zapobiec. Zmęczona osunęłam się po ścianie i skuliłam się. Gdybym nie wyjeżdżała, mam nadal by żyła. Gdybym nie znalazła głupich listów od ojca, nie chciałabym jej zostawiać. Gdybym się wtedy nie stawiała i nie poszła do Emilly, nie byłoby mnie tutaj. Mama by żyła. Mogłam coś zrobić. A tymczasem ją zostawiłam. Nie pomogłam jej, kiedy najbardziej mnie potrzebowała. To przeze mnie umarła. To wszystko to moja wina. I na dodatek to cholerne przeczucie, że coś jest nie tak. Dlaczego tego nie sprawdziłam? Dlaczego nie zadzwoniłam. Niegy nie pogodzę się z jej śmiercią. Zwłaszcza dlatego, że to ja nawaliłam. Nie Jack, nie ojciec tylko ja. Ludzie, którzy przechodzili obok mnie, jedynie dziwnie na mnie patrzyli, ale oni nie mieli pojęcia, jak się czuła.  W pewnej chwili zauważyłam, że ktoś stoi obok mnie. Gdyby nie odór alkoholu, pewnie bym nie zareagowała. Powoli podniosłam głowę. Myślałam, że śnię. To był Dick. Odruchowo chciałam się cofnąć, jednak czując za sobą ścianę, nie miałam jak uciec. Patrzyłam na niego przerażona.  Czemu nie zatrzymała go policja?
-No proszę, kogo widzą moje oczy... Głupiutka córeczka przyszła odwiedzić mamusię?-powiedział, chwiejąc się we wszystkie strony. Nie rozumiem jak można kogo zabić i się tym nie przejmować.
-Zostaw mnie! Zabiłeś mamę! Jesteś potworem!- krzyczałam mu prosto w twarz. On a to nie reagował, tylko się wrednie uśmiechał.
-Nie pyskuj mała suko, bo wkrótce też możesz oglądać kwiatki od spodu!
 -Nie nazywaj mnie tak ty… ty… ty morderco!!!
- Miałaś nie pyskować!!!- teraz to się wkurzył. Uderzył mnie w policzek i przyparł do ściany. Chciałam rozmasować obolała miejsce, ale ten drań uniemożliwił mi ruchy rąk.
-Nie boję się ciebie…- powiedziałam, chociaż tak naprawdę byłam przerażona tym co może zrobić. On nie ma żadnych skrupułów.
-Nie boisz się? Na pewno?
-Nie- starłam się, żeby mój głos nie drżał. W tej chwili byłam zdana wyłącznie na jego łaskę. Dick spojrzał na mnie z kpiącym uśmieszkiem i z całej siły uderzył mnie w twarz. Na ustach poczułam krew. Szybko chciałam ją zetrzeć. W tym czasie mężczyzna wyjął z kieszeni nóż. Wstrzymałam oddech.
- Zobaczymy czy będziesz się rzucać jak mamusia. Dla niej się źle skończyło- wysyczał mi przy uchu, po czym uderzył mnie w brzuch. Z bólu się skuliłam i upadłam na podłogę. Sekundę później poczułam kopnięcie,  a ostrze znalazło się tuż obok mojej szyi. Tak bardzo mnie wszystko bolało, że chciałam się jeszcze bardziej zwinąć w kłębek. Jednak nie zrobiłam tego. Bałam się Dicka. Kiedy ja cierpiałam, on napawał się tym widokiem. Wstał i znowu mnie kopnął, rechocząc z radości. Po moich policzkach leciały łzy i mieszały się z krwią na twarzy. Niemiłosiernie bolał mnie brzuch i nic mnie już nie obchodziło. Dick mógł mnie nawet zabić, byleby przestało boleć. Ale nie, on się musi najpierw pobawić z ofiarą. Zrobiło mi się słabo na myśl, że mama mogła przez to samo przechodzić. Nagle ten drań złapał mnie za ramię i gwałtownie przewrócił na plecy tak, że uderzyłam głową o ścianę. Do oczu napłynęła kolejna warstwa łez. Chciałam coś powiedzieć, żeby przestał, ale nie miałam na to siły. Wysiłek jaki włożyłam, aby wyszeptać ledwo słyszalne „proszę… nie…” sprawił, że obraz stawał się coraz bardziej zamglony, a wszytki dźwięki cichły. Resztkami świadomości zdążyłam wyłapać jak ktoś krzyczy:
- NIKKI!!!


--------------------------------------------------------------
Siemka :DDD
oglądacie dzisiaj mecz o 3 miejsce?ja tak...kogo obstawiacie  Brazylię czy Holandię 
ja sama nie wiem.....pewnie wygra lepszy :P
a co do rozdziału   jest trochę dłuższy  niż inne.Jak wam się podoba? śmierć mamy Nikki trochę pokrzyżuje im plany....
Nie wiem co pisać wiec to chyba tyle....do następnego...kocham was <33     

niedziela, 6 lipca 2014

Rozdział 10

Po wyjściu Jack'a i Amy, Nathan błyskawicznie zabrał się za sprzątanie całego domu. Nie raz chciałam mu pomoc, sama nie wiem dlaczego, ale on dosyłał mnie z kwitkiem. Siedziałam na kanapie i trochę śmieszyło mnie jak chłopak śpieszy się ze sprzątaniem. Musiałam się hamować, żeby nie wybuchła awantura. Wstałam i podeszłam do niego. -Może jednak ci pomogę- zaproponowałam niepewnie, bo bałam się jego reakcji, jednak głupio się czułam siedząc i nic nie robiąc. Nie mogłam już tego wytrzymać.

-Kurwa.....Mówiłem Ci że NIE!!!-zaczął się drzeć.
-Dobra... Nie musisz się tak krzyczeć-powiedziałam i chciałam odejść ale załapał nie za nadgarstek. -Zaraz zaraz, gdzie uciekasz?!- Przyciągając mnie do siebie.
 -Jak najdalej od ciebie?!-wiedziała, że będę żałować tych słów.  
-Coś ty do cholery powiedziałaś?!!-ścisnął mnie mocniej.
 -To co słyszałeś!-odpysknęłam chłopakowi i wyrwałam rękę.

-Ooo...Nie będziesz się tak do mnie odzywać!!!-nie wiem jak, ale nagle znalazł się przed mną.
 -A niby jak mam się do ciebie odzywać?!-ta kłótnia zaczęła mnie denerwować i chociaż na pewno będę za to ukarana, to nie potrafiłam być dla niego miła. Chłopak chciał coś powiedzieć, ale przerwały mu otwierające się drzwi. O cholera!!! Czy to rodzice Sykes'a?  NIE!!! Spojrzałam się na niego,  a on  od razu podszedł w stronę wejścia.
 -Nath, witaj synku!-powiedziała kobieta przytulając go .Ja chciałam ukradkiem uciec do góry, jednak nie udało mi się.
 -Nicole!?-zawołał mnie Nathan. Czego on chce? I przecież wie, że nie lubię kiedy tak się do mnie zwraca. -Słucham?- odparłam z ociąganiem. -Chodź do nas- zawołał, patrząc się na mnie, jakby zaraz miał mnie zabić. Głęboki wdech i stanęłam obok niego, zachowując bezpieczną odległość.

-Mamo, Tato, poznajcie Nicole-powiedział chłopak. -To jest…?

- Dziewczyna Nathna- oznajmiła wesoło Amy. Ja zamarłam słysząc to i posłałam jej spojrzenie mówiące "oszalałaś!!!". Ona tylko się  uśmiechnęła, a z ruchu jest ust odczytałam „Też cię kocham”.  Widziałam, że Nathan z tego pomysłu też nie jest zadowolony.
-Nareszcie mój synek się ustatkował jak normalny chłopak- ucieszyła się mama chłopaka. Nathan przysunął się do mnie i  jedną ręką objął mnie w tali. Państwo Sykes poszli do salonu. Gdy zniknęli z mojego pola widzenia, natychmiast zrzuciłam z siebie rękę Nathana robiąc przy tym kwaśną minę. On się tylko wrednie uśmiechnął i zaciągnął mnie do pokoju.                                      

 *** 


Od jakiejś godziny siedzę i strasznie się nudzę słuchając opowieści rodziców Nathana. Może gdybym znała trochę ich rodzinę, to byłoby to ciekawsze,  a kończenie historyjek zaczętych przy ostatnim spotkaniu albo i wcześniej, niewiele mi mówi.  
-Napijecie się czegoś?-spytał Nathan.  
-Tak, jakbyś mógł-odpowiedział pan Sykes
 -A ty mamo?
-Tak, to co zawsze.
 -Kochanie, pomożesz mi?-zapytał. Ja nie zareagowałam. -Nicole?-powtórzył, na co zerwałam się w tempie natychmiastowym i poszłam za chłopakiem do kuchni. No to się zacznie. -Co nie reagujesz?!-zaczął z wyrzutem, ale tak, żeby nikt nie słyszał.

-a ty myślisz że, co...-
 -Nath...pokrój szarlotkę- przerwała mi Amy, która zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Nie odzywając się wstawiłam wodę na herbatę.
-Podaj mi nóż!-powiedział Nathan patrząc się na mnie jakbym nie wiadomo co zrobiła. Podeszłam do suszarki z naczyniami i podałam mu to, o co prosił (a raczej co rozkazał, żeby podać).Gdy chłopak kroił ciasto, ja zalewałam herbatę .Odstawiłam czajnik i wzięłam tacę, kiedy nagle Nathan wpadł we mnie i o mało co się nie wywróciłam.  
-Uważaj trochę-powiedziałam głosem wyzutym z emocji i położyłam tacę. Chciałam ułożyć kubki z herbatą i kawą, ale Nathan musiał się jak zwykle czepiać.
-Co ty do cholery robisz?-zaczął znowu gadać. MASAKRA!
-Ja? To ty na mnie wszedłeś a nie ja na ciebie-odparłam, na co chłopak obrócił mnie i byłam twarzą do niego. Charakter ma potworny, ale mogę zaprzeczyć, że jest wyjątkowo przystojny. -Co ty sobie kurwa myślisz?!- wysyczał mi do ucha
-Myślisz,  że ci wszystko wolno, bo jesteś siostrą Jacak'a?Ooo...nie, u mnie nie będziesz się rządzić bo wylądujesz w piachu! – Powiedział to takim tonem, że się rzeczywiście się  wystraszyłam. Przecież on jest do wszystkiego zdolny.- Zrozumiałaś?

Zamierzałam odpowiedzieć, ale zobaczyłam mamę Nathana. Spojrzałam się na nią kątem oka i spuściłam wzrok. Nawet nie zorientowałam się kiedy chłopak mnie pocałował. Chciałam się oderwać od niego, jednak nie mogłam. Dopiero po jakichś 30 sekundach, kiedy pani Sykes niby dyskretnie się ulotniła do salonu, udało mi  się od niego odsunąć.
 -Ciebie to już kompletnie pojebało?!- zdenerwowałam się na niego, a on przyłożył mi palec do ust. -Cicho...ty nic kurwa nie rozumiesz. 
  -To mi wytłumacz?-powiedziałam zdejmując jego  palec z moich ust.  
-Nie będę ci niczego tłumaczył. -To nie! Wypuść mnie lepiej!-odparłam wkurzona. Spojrzał się na mnie i wypuścił z uścisku.
                                    

 ***
 Rodzice Nathana pojechali jakieś dwie godziny temu. Nareszcie!! Dłużej nie mogłabym wytrzymać udawania dziewczyny Nathana.  
-Nikki?...nie jesteś głodna? –spytał Jack
 -Nieeee.....odpowiedziałam chłopakowi  
-Coś ci jest? -spytał  
-Nie, no coś ty? Jest ok....Jakby mi coś było to nie  mógłbyś  ze mną wytrzymać.-  uśmiechnęłam się do chłopaka -To dobrze, że ci nic nie jest- powiedział i przytulił mnie. Tak naprawdę ostatnio czułam się jakoś nie swojo. Dawno nie kontaktowałam się z Emily i nie wiem, co się u niej dzieje, a tym bardziej nie mam pojęcia co z mamą. Jak Dickowi odbija… wolę nie myśleć, co się może stać. Po prostu martwię się o nią, ale mam nadzieję, że wszystko z nią w porządku.

---------------------------------------------------------------------
Hej i bardzo przepraszam że dopiero teraz dodaje ale na śmieć zapomniałam że wczoraj była sobota...powinnam sobie budzik nastawiać albo coś w tym stylu...
Jak wam się podoba?Co robicie w wakacje?Ja osobiście jeżdżę rowerem w tą i spowrotem.......
Do następnego:)Pozdrawiam :D   

sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 9

Powoli zaczęły dochodzić do mnie strzępki rozmowy, ale nic nie rozumiałam. Czułam, że ktoś przy mnie siedział. W pokoju było chłodno.
- No i po co jej mówiłeś?-denerwował się Sykes.- Tylko kłopoty z tego będą.
- Nie rozumiesz? Nikki musi znać prawdę. Poza tym jesteś jedyną osobą, której to nie pasuje.
- Róbcie, co chcecie- strzelił focha i wyszedł trzaskając drzwiami. Nie mogłam już spać, a udawać nie chcę. Otworzyłam oczy, ale szybko je zamknęłam, bo oślepiło mnie światło. Spróbowałam podnieść powieki jeszcze raz, jednak tym razem wolniej.
- Nikki? Jak się czujesz?- zaczęła dopytywać się Amy- trzymaj- podała mi wodę. Upiłam mały łyczek.
- Dzięki, już lepiej i przepraszam…
- Ale za co? Za to, że dowiedziałaś, że masz brata, za to, że ukrywaliśmy przed tobą prawdę, czy za to, że mój brat ma non stop humorki?- wyliczała dziewczyna.
- Może wyjdziemy na zewnątrz? Trochę odpoczniesz?
-Ale przecież…
- Nath? Nie przejmuj się nim- powiedział Jack i pomógł mi wstać. Wyszliśmy do ogrodu, a Amy natychmiast podbiegła w stronę leżaka. Kiedy byliśmy bliżej basenu, zauważyłam, że Nathan czyści broń. Na mojej skórze momentalnie pojawiła się gęsia skórka i odruchowo schowałam się za Jack’a. Na twarzy Sykesa pojawił wredny uśmieszek.
- Nikki, on ci nic nie zrobi, prawda Nath?
- Jasne Jack, jakbym mógł coś zrobić twojej siostrzyczce. NICOL powinna się czuć jak w domu.- Celowo to powiedział. Wie, że nie lubię pełnej formy imienia oraz wie, że nie jeśli chodzi o dom, to nie mam miłych wspomnień. Nie chciałam z nim tu siedzieć, więc zawróciłam. Amy poszła ze mną.
- Coś ci pokażę- szepnęła mi na ucho i zaprowadziła mnie do jakiegoś pokoju obok za salonem. Zauważyłam tam piękny czarny fortepian. Kiedyś uczyłam się grać. Za nim tata nas zostawił, a później w szkole się specjalnie zapisałam na zajęcia, żeby ja najpóźniej wracać do „domu”.
-Ładny, prawda?- zapytała, patrząc na mnie.
- Śliczny- odpowiedziałam spoglądając kątem oka na zewnątrz.
-Jack mówił, że chodziłaś  do szkoły muzycznej. –z radością oznajmiła mi Amy.
-Tak, to prawda, ale skąd on o tym wie?
-On wie więcej niż przypuszczasz -uśmiechnęła się blondynka- Zagraj coś.
-Ale nic już nie pamiętam- próbowałam się bronić.
-Tego się nie zapomina- popchnęła mnie w stronę fortepianu. Spojrzałam się na nią z miną typu „ty chyba żartujesz”, jednak podeszłam i zaczęłam grać pierwszą lepszą piosenkę, która przyszła mi na myśl. Od razu dałam się ponieść muzyce i z przyzwyczajania zamknęłam oczy.


                                                                      Little Mix
                  
                   She lives in a shadow of a lonely girl
                   Voice so quiet you don't hear a word
                  
Always talkin' but she can't be heard

                   You can see it there if you catch her eye
                   I know she's brave but it's trapped inside
                   Scared to talk but she don't know why

                    Wish I knew back then what I know now
                    Wish I could somehow go back in time
                    And maybe listen to my own advice

                     I'd tell her to speak up, tell to shout out
                     Talk a bit louder, be a bit prouder
                     Tell her she's beautiful, wonderful, 
                       everything she doesn't see

                     You gotta speak up, you gotta shout out
                     And know that right here, right now
                     You can be beautiful, wonderful
                        Anything you wanna be.......

 

Gdy otworzyłam oczy, zauważyłam stojącego w drzwiach Nathana. Natychmiast umilkłam i przestałam grać.
-Widzę, że piękna umie grać na fortepianie ...i  całkiem przyzwoicie śpiewa- powiedział wrednym głosem
-Przestań mi dokuczać! –miałam już dosyć jego zachowania.
-Przepraszam panno Nicole- odparł z głupim uśmieszkiem na twarzy. Chciałam mu odpysknąć, ale nie było mi to dane, ponieważ zadzwonił jego telefon.
-Halo?-zaczął i wyszedł na korytarz.
-Ślicznie śpiewasz- powiedział Jack, kładąc rękę na moim ramieniu.
-Dzię…- znowu nie dokończyłam, bo chamsko mi przerwał Nathan.
-Amy, Jack…zbierajcie  się.  Za godzinę macie odebrać z dworca rodziców!
-CO?!- Amy była zaskoczona tą informacją- Muszę się ogarnąć! Dom trzeba ogarnąć!- zaczęła panikować i pobiegła na górę. Nie wiedziała, co zrobić.
- Jack…?- zwróciłam się do brata.



-----------------------------------------------------------
Hej jak sie trzymacie?
Nareszcie Wakacje!!!Cieszycie się?Bo ja bardzo <3
Jeżeli ktoś  nie lubi Little Mix to bardzo przepraszam. Po prostu gdy pisałam ten rozdział miałam fazę na tą piosenkę.Mam nadziej że mi wybaczycie.
No to chyba tyle.Do następnego.Życzę  miłych wakacji. Pozdrawiam i do zobaczenia <3

sobota, 21 czerwca 2014

Rozdział 8

Leżałam na łóżku i oglądam zdjęcie, które znalazłam rano. Myślałam też nad tym, co powiedział mi Nathan. Nagle usłyszałam otwierające się drzwi. Chciałam szybko schować zdjęcie, ale nie miałam szans. Na szczęście to nie był Nathan tylko Jack. Teraz miałam okazję spytać się, o co chodzi z tym "moim bratem".
-Co porabiasz? –zapytał, siadając obok mnie
-Jak myślisz, co mogę robić zamknięta jak Fiona w wieży? Oczywiście czekam Shreka- zironizowałam, a Jack lekko się uśmiechnął.
 -To może inaczej. Nad czym tak myślisz?
-Nad kopertą od mamy, a dokładniej nad zdjęciem-powiedziałam, patrząc się na niego ze smutkiem. Jack zerknął na fotografię, a po chwili powiedział.
- Nikki, muszę ci coś powiedzieć- mówił powoli wpatrując się w kopertę. Oparłam się wygodniej o zagłówek łóżka i przytuliłam się do poduszki. W ciszy czekałam na to, o czym chce mnie poinformować Jack.
- Wiesz kto jest na tym zdjęciu? Oprócz ciebie i rodziców oczywiście.- Pokręciłam przecząco głową. Wtedy chłopak zaczął czegoś szukać w kieszeniach, a po chwili wyciągnął małą złożoną karteczkę i podał mi ją. Niepewnie ją wzięłam i otworzyłam, a moim oczom ukazała się identyczna fotografia. Nie mogłam w to uwierzyć. Czyżby Jack był tym chłopcem ze zdjęcia? Ale jakim cudem? Spojrzałam na niego wyczekująco. 
- Nikki, jestem twoim bratem- powiedział cicho, a nie wiedziałam jak zareagować. Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. Jack mnie objął ramieniem, a ja jeszcze mocniej się w niego wtuliłam i płakałam jak małe dziecko. Chłopak kontynuował- bo wiesz....kiedy miałem siedem lat, ojciec zabrał mnie do miasta. Mieliśmy odebrać jakiegoś jego znajomego z dworca. To był tylko pretekst, żeby mnie tam zostawić. Chciałem go szukać, ale to było bezskuteczne. 
W końcu zainteresowała się mną policja. Byliśmy kilka tygodni po przeprowadzce. Okazało się, że adres, pod którym rzekomo mieszkaliśmy, nie istnieje tak samo jak X Y Z Diaz. Trafiłem do domu dziecka, a kiedy stamtąd wyszedłem, poznałem Nathana i Amy. W Amy się zakochałem, zwłaszcza przez jej charakter, który tak bardzo przypominał mi ciebie. Spokojna, a jednocześnie porywcza. Odważna, walcząca o swoje i także czuła i współczująca- zamilkł na chwilę. Wszystkie te informacje sprawiały, że robiło mi się słabo. Jednak się nieco uspokoiłam i już nie płakałam. Nie rozumiałam tylko jednej rzeczy.
- Dlaczego tata to zrobił?- zapytałam słabym głosem. Jack westchnął.
-Ojciec to straszny tyran...- zawahał się, jakby rozważał czy powiedzieć mi resztę. -Może to był powód rozstania rodziców. On... zdradzał mamę i na każdym kroku ją poniżał. A najgorsze było to, że jak chciałem coś zrobić, to on był jeszcze bardziej brutalny. Już wtedy, gdy mnie się urodziłaś, był zamieszany w najgorsze przekręty i oszustwa w kraju. 
Rodzina zaczęła mu przeszkadzać. Zostawił nas. 
- Ale niby dlaczego do mnie pisał po wyjeździe?- ta kwestia mnie nurtowała.
- Nikki, pomyśl. Przed tobą tylko zgrywał idealnego tatusia. Zostawił ciebie i mamę, ale i tak zamierzał cię później przeciągnąć na swoją stronę- tłumaczył Jack.
- A dlaczego mnie porwaliście? 
-Żeby cię chronić- tu się lekko uśmiechnął- chociaż sprawa wyglądała na początku zupełnie inaczej. Kiedy 
dowiedzieliśmy się On zamierza odebrać jakąś panienkę z lotniska, stwierdziliśmy, że to będzie doskonała okazja do zemsty. Nie pytaj, kiedyś indziej ci wytłumaczę. Wtedy, w galerii, nie wiedziałem jeszcze kim jesteś, chociaż miałem wrażenie, że cię znam.Dopiero później Nath mi powiedział. Kiedy już znalazłaś się tutaj, Nath mimo wszystko chciał zrealizować swój plan, jednak z Amy przekonaliśmy go, że nie możesz wrócić do ojca. Gdyby tak się stało,  stracilibyśmy cię na zawsze.
- Jak? Dlaczego?
- Dlatego, że ojciec...- Jack nie mógł się zebrać, że mi to powiedzieć.
- Wyduś to z siebie do cholery- nie mogłam już wytrzymać.
- Ojciec jest płatnym zabójcą- powiedział z odrazą. 
-Co?!-wstałam i podeszłam do okna. Na zewnątrz widziałam Ami opalającą się nad basenem i bawiącą się pistoletem oraz Nathana czyszczącego kilka innych broni?! Nie, tego już za wiele.
- Nikki, to dla twojego dobra. On prędzej czy później by cię zabił. Średnio co miesiąc sobie kogoś sprowadza do pomocy, a potem zabija. Kiedy przyleciałaś, był akurat termin, jak ktoś nowy miał się zjawić.
- Serio? I to porwanie ma mnie chronić? Czy ty wiesz, co ja przechodziłam przez ostatnie dziesięć lat? Czy chociaż przez chwilę pomyślałeś jak ja się czuję z tym wszystkim!? I co? Wy też nie jesteście święci!
- Nikki, spokojnie. Wytłumaczę ci wszystko- próbował uspokoić mnie Jack.
-Spokojnie?! Jak ja mam być spokojna, skoro najpierw mówisz mi, że chcesz mnie chronić przed płatnym zabójcą, a kilkanaście sekund później widzę chłopka, który mnie nienawidzi i czyści sobie pistolety! To ma mnie uspokoić? 
Dzięki temu ma wam zaufać?- pytałam, a mój głos robił się coraz słabszy. Oparłam się o ścianę, ale nie miałam siły stać. Powoli osuwałam się na podłogę.
-Nikki, w porządku? NIKKI?!-wołał Jack. To było ostatnie, co zapamiętałam.
----------------------------------------------------------------------------------
Hej :) to znowu ja 
Przepraszam was za ostatniego posta ponieważ zapomniałam że to była sobota.Mam nadzieje że mi wybaczycie :p
Czytajcie, komentujcie pozdrawiam i do następnego :)
P.S. Mam jutro zawody więc jakby moglibyście trzymać kciuki  za moich chłopaków. :P
 

niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział 7



Kilka dni później…
Od ostatniej sprzeczki z Nathanem nie wychodzę z pokoju. Wiem, że jest w domu, i że nadal jest na mnie zły, ale na szczęście nie widuję go. Nie chce mu znowu podpaść. Jedyne na co czekam, to na powrót do domu, chociaż z każdą godziną spędzoną tutaj, wydaje mi się to tylko nierealnym marzeniem. Zupełnie jakby kłótnia z Dickiem, rozmowa z ojcem, pożegnanie z mamą było wieki temu. Właśnie, mama! Kiedy opuszczałam dom, coś schowała mi do torebki, a ja zupełnie o tym zapomniałam.  Szybko wzięłam torebkę i wyciągnęłam białą kopertę. Powoli ją otwarłam, ponieważ nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać w środku. Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam małe zdjęcie przedstawiające mnie (maiłam dwa albo trzy latka), rodziców i jakiegoś chłopaka. Kim on był? Długo mu się przyglądałam i odniosłam wrażenie, że gdzieś już widziałam ten uśmiech, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie. Na odwrocie było kilka słów. Widać, że mama pisała je w pośpiechu: Drogie dzieci, zawsze was będę kochać. Że co proszę?! Ten chłopak to mój brat? Niby jak? Przecież chyba by mi powiedzieli, gdybym miała rodzeństwo. Niby czemu rodzice mieli to przede mną ukrywać? Nic z tego nie rozumiałam. Nagle usłyszałam, jak ktoś wchodzi na piętro. Szybko wrzuciłam zdjęcie do torebki i odłożyłam ją na komodę. Gdy siadłam na łóżku, drzwi się otworzyły.
-Gotowa?!-do pokoju wpadał Amy.
-Yyy-… na co?-zapytałam. Nie do końca zrozumiałam, o co jej chodzi. -Idziemy się przejść- oznajmiła wesoło dziewczyna.
-My  mamy   gdzieś  wyjść?- powtórzyłam powoli. Nie spodobał mi się ten pomysł, bo wiedziałam jak Sykes na to zareaguje.
-No nie daj się prosić- nalegała Amy.
-Ale ja nie...- nie mogłam skończyć, ponieważ dziewczyna załapała mnie za rękę i zaczęła ciągnąć za rękę.
-Nie...puść!!!-próbowałam wyrwać się z uścisku.
-Chodź i nie marudź.
-Nie!... Przecież Nathan
-Aaa… Nath? Przesadzasz, on nie jest taki zły.- powiedziała dziewczyna z uśmiechem.
-Nie... proszę!- nie poddawałam się.
-Nie marudź tylko chodź!!!!- naciskała jeszcze bardziej. Spuściłam głowę i poszłam za dziewczyną. Nie wiem kiedy wróci Nathan, ale wiem, że nie będzie wtedy przyjemnie. W duchu cieszyłam się, że mogę wyjść, jednak cena tego spaceru mnie przerażała.
-Grzeczna dziewczynka- dodała Amy z wielkim uśmiechem na twarzy. Ja się tak nie byłam taka zadowolona jak ona, bo czuję, że to będzie jeden wielki Armagedon, ale  jak się nie zgodzie, to mi nie da spokoju.
                          
     ***
Spacerowałam z  Amy po okolicy jakieś pół godziny. Ślicznie tu było. Zadbane trawniki i rabatki z kwiatami. Dalej las i jakaś droga, na którą wystarczy tylko raz spojrzeć, żeby stwierdzić, że nikt tędy nie jeździ. A jeśli jeździ, to bardzo rzadko. Nie było żadnego śladu obecności innych domów w pobliżu.  Według mnie ta okolica była nieco dziwna, ale piękna. Wielkie jezioro po drugiej stronie wspaniale odbijało promienie słoneczne i dodawało temu miejscu jeszcze więcej uroku.
-Wracamy?-spytała Amy. Ja tylko pokwikiwałam głową. Musiałam przygotować swoją psychikę na wkurwionego Nathana, chociaż w duchu modliłam się, żeby go nie spotkać. Kiedy o nim pomyślałam, mój humor szybko się pogorszył, a cała radość z powodu spaceru momentalnie się ulotniła.
                                ***
Nie zdążyłyśmy jeszcze wejść do domu, a już z daleka widziałam na maksa wkurwionego Nathana. Uuuu…. Teraz to się zacznie. Głęboki wdech.
-Co ty kurwa sobie wyobrażasz!!!!-zaczął się naprawdę głośno drzeć, a ja spuściłam głowę. Bałam się na niego spojrzeć  -Ty nie masz prawa wychodzić z pokoju, a co dopiero z domu!!!
-Nathan, przestań się na nią drzeć!!!-stanęła w mojej obronie Amy.-To ja ją na to namówiłam!
- Żartujesz sobie Amy?!
- NIE!!! Zresztą Nikki może to potwierdzić, co nie Nikki?- zwróciła się do mnie, a ja tylko pokiwałam głową.
-Co? Bo nie słyszę!!!-nachylił się nad mną Sykes.
-Tak, to prawda-podniosłam wzrok. W drzwiach dostrzegłam lekko uśmiechającego się Jacka i w tym samym momencie przypomniałam sobie o zdjęciu, które znalazłam w pokoju.
-Czy ty mnie słuchasz?!- Nathan dalej krzyczał.
-Ta...znaczy nie-odpowiedziałam, próbując zorientować się, o co chodzi. Jacka nie wytrzymał i wybuchną śmiechem, na co Nathan spojrzał się na niego tak, jakby chciał go zabić. Amy również się śmiała, a ja? Jedynie kąciki moich ust się lekko podniosły.
-Sorry!!-wykrzyczał Jack, na co Nath machnął ręką i złapał mnie za nadgarstek.
-Idziemy!-zaczął ciągnąć mnie w stronę schodów. Wiedziałam, że zaraz zamknie nie w pokoju. Gdy weszliśmy do sypialni, puścił mnie.
-Jesteś taka sama jak twój barat-powiedział  wrednie i wyszedł. Jaki brat? Co to znaczy? Może to ma coś wspólnego z tym zdjęciem? Już wiem, kogo o to zapytam. Na pewno Jack będzie coś o tym wiedział, bo skoro Nathan wie to on też powinien o tym coś wiedzieć. Żałuję, że nie wyjechałam z babcią do tych cholernych Niemiec, kiedy mi to proponowała dwa lata temu. Miałabym chociaż spokój z Dickem i z tymi tutaj...

sobota, 7 czerwca 2014

Rozdział 6

Powoli schodziłam na dół za blondynką,nieco przerażona tym,  kogo tam spotkam. Jednak nie dałam tego po sobie poznać. Amy weszła pierwsza do kuchni i oznajmiła, że przyprowadziła mnie na kolację. Nathan rozmawiający z jakiś facetem ( chyba go skądś kojarzyłam) od razu zareagował krzykiem.
- Po co wyciągałaś z pokoju! Jeszcze ją zabierz na spacerek po okolicy! Nie pamiętasz umowy?!- tak wkurzonego jeszcze go nie widziałam. Niepotrzebnie zgodziłam się na tę kolację.
- Nath, nie widzisz, że ona ledwo co się trzyma na nogach?- próbowała się wybronić dziewczyna, a w tym czasie postanowiłam wrócić do pokoju. Gdy się odwróciłam i pokonałam już pierwszy stopień, ktoś złapał mnie za rękę. Wystraszyłam się i szybko ją wyrwałam z uścisku.
- Nie bój się- zaczął chłopak... z centrum handlowego. Teraz wiem, dlaczego wydawało mi się, że gdzieś go widziałam.- Jestem Jack.
- N- Nikki- powiedziałam cicho.
- A nie Nicole?- spojrzałam na niego zaskoczona.
- Wolę Nikki, nie lubię pełnego imienia.
- W takim razie zapraszam cię na kolację- uśmiechnął się i podał mi dłoń. W takiej asyście zeszłam z kilku ostatnich stopni. W kuchni sytuacja się nieco poprawiła, ponieważ nie było już żadnych wrzasków, natomiast Nathana zdecydowanie nie cieszyła moja obecność. Miałam wrażenie, że chiał mnie zabić wzrokiem. I jeszczo jedno. Gdzie miałam miejsce? Naprzeciwko niego. Siedziałam ze spuszczoną głową i uparcie wpatrywałam się w stół. Kątem oka widziałam, jak Amy przytula się do Jack'a, Nath się uśmiecha do siebie, a potem dziewczyna spytała mnie, co chciałam bym zjeść.
- Cokolwiek, nie rób sobie problemu- odparła niezbyt głośno.
- Co tam sobie mała szepczesz- kąśliwie powiedział Nathan.
- Nie nazywaj mnie mała- odważyłam się podnieść wzrok. Przypomniały mi się te wszystkie lata, kiedy Dick się tak do mnie zwracał jak za dużo wypił.
- Nie mała? To jak sobie życzysz?
- Nikki.
- W takim razie, Nicole , zapamiętaj:NIE MASZ PRAWA WYCHODZIĆ Z POKOJU BEZ MOJEGO POZWOLENIA!!!- wściekł się. I to bardzo. Co gorsza, przeze mnie. Do reszty rzucił- zara z wracam- po czym wyszedł z domu trzaskając drzwiami.  Amy wyszła do sąsiedniego pomieszczenia,  a Jack poszedł za nią.


*Oczami Jack'a*
-Tak, słucham moją piękną-powiedziałem, stając naprzeciwko Ami.
-Powiedziałeś jej już?- spytała, patrząc mi się prosto w oczy.
-Nie, oszalałaś?... Dowie się w swoim czasie, a teraz jest za wcześnie- wytłumaczyłem, łapiąc dziewczynę za biodra.
-Dobra, dobra.....a teraz trzymaj.- Obróciła się w moją stronę i dała mi słoik dżemu. Otworzyłem go z uśmiechem, licząc na małą nagrodę. Amy zaprzeczyła, kręcąc głową. Spojrzałem na nią ze smutną udawaną miną, ale nie podziałało i musiałem iść bez całusa.

*oczami Nikki*
Stałam przy oknie i nawet nie słyszałam, że ktoś wchodzi do kuchni.
-Ładny widok, prawda?- na dźwięk tych słów wystraszyłam się, co rozbawiło Jack'a.
-... raczej śliczny- przyznałam z lekkim uśmiechem.
-  Jeszcze się napstrzysz Nikki, a teraz siadaj i jedz-pokazał na talerz z goframi. Podziękowałam i chwyciłam pierwszego gofra z dżemem. Jadłam bez śpiochu. Smakowało wyśmienicie i dopiero pierwsze kęsy uświadomiły mi, jak bardzo zgłodniałam przez ten czas. Posiłek minął w bardzo miłej atmosferze i uważam, że to zasługa nieobecności Nathana.  Dowiedziałam się sporo rzeczy o nich. Amy i Jack byli bardzo sympatyczni, a  w dodatku Jack miał  w sobie  coś takiego, że mogłabym go traktować jak starszego brata. W sumie to sama nie wiem, czemu tak myślę.
Po posiłku wróciłam do siebie ( o ile w ogóle mogę tak nazwać ten pokój). Gdy zamknęłam za sobą drzwi, wrócił  Nathan. Do późna rozmawiał o czymś z Amy. Ciekawe tylko o czym?

-------------------------------------------------------------------------------
hej :)
Dzisiaj jest za gorąco na notatkę.Więc będzie bez :D


sobota, 31 maja 2014

Rozdział 5

*oczami Nikki*
Obudziłam się z strasznym bólem głowy. Miałam wrażenie, że zaraz rozsadzi mi czaszkę. Kiedy powoli otwierałam oczy, zorientowałam się,  co się stało. Znajdowałam się w nieznanym mi pokoju, a obok łóżka siedział jakiś chłopak czytający gazetę czy coś tam. Gdy zobaczył, że już nie śpię, powiedział kpiącym głosem.
-No, myślałem n że się nigdy nie obudzisz.
-Gg...gdzie ja jestem? -spytałam z trudem i spróbowałam wstać. To jednak nie było takie łatwe.
-Nie wstawaj, bo jesteś jeszcze za słaba- zaczął spokojnie.
-Sama wiem, co mam robić-przerwałam mu schodząc z łóżka, ale moje nogi nie utrzymały równowagi i upadłabym, jakby on mnie nie złapał. Jakim cudem tak szybko znalazł się obok mnie?
-A nie mówiłem- powiedział, kładąc mnie ponownie na łóżku.
-KIM jesteś?-spytałam ciekawa.
-Dowiesz się w swoim czasie- odparł z dziwnym uśmieszkiem i wyszedł. Nie wiem, co się ze mną dzieje, gdzie jestem i kim on jest. Chociaż mogłabym go nazywać porywaczem i niewiele bym się myliła, ale to określenie brzmi trochę strasznie. W każdym razie uwięziono mnie i pozbawiono kontaktu ze światem. No porostu świetnie! Nie miałam nawet sił myśleć o czymkolwiek innym. Zmęczona zamknęłam oczy i nawet nie wiem kiedy znowu zasnęłam.
                                    ***
Gdy się przebudziałam, nikogo tym razem przy mnie nie było. Nie wiedziałam, która jest godzina, ale pewnie coś około wieczoru, bo przez okno wpadały promienie zachodzącego słońca. Pomalutku wstałam z łóżka. Trochę kręciło mi się w głowie, jednak już mogłam sama się poruszać. Widok okolicy był przecudowny. Na zewnątrz znajdował duży basen, mała altana, a jakieś kilkanaście metrów dalej duże jezioro. Nic mi to jednak nie mówiło i nadal nie wiedziałam, gdzie jestem, i co ze mną będzie. Moje rozmyślanie przerwał głos przekręcania klucza. Gwałtownie odwróciłam się w stronę drzwi.
-No, wiedzę, że już wstałaś- powiedział ten sam chłopak, którego widziałam wcześniej. Dopiero teraz zauważyłam, jakie on ma boskie oczy.
-Gdzie ja jestem?-spytała się patrząc na niego jak na idiotę.
-Daleko!
-Tyle to ja wiem- odparłam zrezygnowana- chciałbym konkretnie wiedzieć.
-Ty lepiej nie pyskuj, bo to się może źle dla ciebie skoczyć. -odpowiedział głosem, jakby miał mnie zaraz zabić. No super!trafiłam do kolejnego czubka!!! Najpierw Oscar, a teraz on.
-To może powiesz mi chociaż, po co ja tu jestem?
-Jesteś tu, ponieważ muszę wyrównać rachunki z twoim ojcem-uśmiechnął się czerpiąc satysfakcję z mojej dezorientacji.
-Z tatą? Co on ci zrobił?!-zdziwiłam się tym, co usłyszałam on chłopaka. I właśnie mnie olśniło- To z tobą rozmawiał tata wtedy przez telefon...-powiedziałam, pochodząc do chłopaka.
-No proszę ! To ślicznotka słyszała moją rozmowę?- 
 Zaczął palcem gładzić mój policzek. Szybko odchyliłam głowę z kwaśną miną. Miał on coś powiedzieć, ale przerwał mu głos jakieś dziewczyny.
-NATHAN!!!
-Już idę!-spojrzał na mnie i wyszedł. Czyli on ma na imię Nathan. Przynajmniej tyle wiem. Ale o co chodzi mu z tymi porachunkami z tatą? Nie mam na to wszystko siły. Najpierw rozstanie rodziców, później palant Dick, a teraz to. Ciekawe, co będzie za tydzień? Pewnie mnie wywiozą do lasu, podetną gardło i zostawi na pożarcie jakimś dzikim zwierzętom. Czemu ja zawsze mam takiego cholernego pecha!!! Czemu zawsze ja?!Nie wytrzymałam i pierwsza łza spłynęła mi po policzku.
Podeszłam do okna. Zobaczyłam drobną blondynkę i Tego całego Nathana rozmawiających o czymś. Po jakiejś chwili podszedł do nich pewien chłopak. Przywitał się on z Nathanem, a później dał całusa dziewczynie, która bardzo się ucieszyła na jego widok. Dyskutowali i co jakiś czas się śmiali.  Miałam już dość patrzenia na ich szczęście. Dlaczego wszyscy inni mogą mieć normalne życie, rodzeństwo, przyjaciół, zwykłą rodzinę, a mnie to omija. Za każdym razem, gdy myślę, że los się do mnie uśmiechnął, w rzeczywistości jest jeszcze gorzej niż było.
Siadłam sobie na łóżku, czas strasznie mi się dłużył. W pewnym momencie słyszałam głos tej samej dziewczyny, co wołała Nathana kilkanaście minut wcześniej. Drzwi otwarły się jeszcze raz i ujrzałam  w nich blondynkę mniej więcej mojego wzrostu.
-Hej jestem Ami.Dziewczyna uśmiechała się i podał mi rękę. - Spojrzałam na nią nieufnie, ale po chwili cicho odpowiedziałam:
-Nikki.
-Chodź na dół do kuchni, bo na pewno jesteś głodna.-popatrzyła się na mnie jak na laskę, która nic nie je i wiecznie jest na głupich dietach. I po części ma rację. Dick niezmiernie dbał, żeby w lodówce nie było nic innego niż piwo.W dodatku w szkole zapisałam się na kilka zajęć sportowych, byle jak najpóźniej wracać do domu. W efekcie mam teraz dość szczupłą figurę, ale jakim kosztem...
-Nie jestem głodna-powiedziałam  ostrożnie.
-Aj...nie przesadzaj! Od wczorajszego śniadania nic nie jadłaś. Na pewno jesteś głodna- szczerze? To nie było dla mnie czymś nowym, jednak dziewczyna złapała mnie za rękę i zaczęła ciągnąć w stroną drzwi. Jak na taką kruszynę była bardzo silna i uparta.Nie miałam wyjścia i poszłam za nią. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam.
---------------------------------------------------------------------------------------------
  Komentujcie komentujcie bo dla was kilka liter a dla mnie źródło inspiracji :-)
Mała zmiana planów.
pod wcześniejszym postem napisałam że 3kom i następny rozdział ale lekko pozmieniam i będę 4 komentarze i następny rozdział w tym komentarze moje i Viki.  się nie liczą.
kocham was i do zobaczenia =D